19.07.2016

Epilog

Lena POV:
Wchodzę do firmy i uśmiecham się do ochrony. Sammy, miły, starszy pan salutuje i życzy mi miłego dnia. Wjeżdżam windą na górę, wygładzam niewidzialną fałdkę na czarnej, dopasowanej sukience i zastanawiam się, czy ów dzień faktycznie zaliczę do miłych. Za parę minut czeka na mnie bardzo ważne spotkanie, z firmą, która zaoferowała współpracę. IntelCoreX chce zaopatrzyć swoją firmę w nasze procesory oraz programy, a to przyniesie kolosalne zyski. Mimo tego, iż firma mojego męża jest na szczycie, nie znaczy, że nie może być jeszcze wyżej. Nadal pniemy się w górę.
Wchodzę do biura, odkładam teczkę i włączam komputer. Muszę przygotować się do spotkania i wydrukować potrzebne dokumenty. Moje ręce drżą, pocą się i mam ochotę zabić Justina! Wyjechał na targi do Kanady, a spotkanie z tak ważną firmą zostawił mnie! Kiedy mi o tym powiedział, nie wierzyłam i za nic w świecie się nie zgodziłam. Jaka szkoda, że zawsze musi postawić na swoim, i tak oto mój stres wybija skalę! Wiem, że Justin bardzo we mnie wierzy, wciąż powtarza, jaka jestem zdolna i jest ze mnie dumny. To dlatego od ponad siedmiu lat razem prowadzimy firmę, której jestem współwłaścicielką. Dlatego musiałam dać z siebie wszystko i pozyskać nowego klienta.
- Dzień dobry! - wzdrygam się na radosny głos Glorii, która wchodzi do biura - Kawa, pani prezes? - unosi brew, a ja przewracam oczami. Nienawidzę, kiedy tak do mnie mówi, a ona uwielbia się ze mną droczyć! - Za dziesięć minut powinni być przedstawiciele IntelCoreX, zdążysz wypić.

- W porządku, może mocna kawa uspokoi moje nerwy. Zaprowadź ich proszę do konferencyjnej.
- Się wie - puszcza mi oczko, strzepuje z ramienia niewidzialny pyłek i opuszcza moje biuro.
Piszę szybką wiadomość do Justina, aby trzymał za mnie kciuki i dodaję, że nienawidzę go za to, że wyjechał i zostawił mi na głowie takie zmartwienie. Już wyobrażam sobie jego chytry uśmieszek.

Spotkanie przebiega w przyjemnej, luźnej atmosferze. Trevor Carter i Nico Davos to sympatyczni, młodzi mężczyźni, którzy nie omieszkają od czasu do czasu zerknąć a w mój dekolt. Całe szczęście, że nie ma tutaj mojego męża, inaczej współpraca szybko poszłaby się pieprzyć. Nawet po siedmiu latach potrafi być tak samo zazdrosny, jak na początku naszego związku, chociaż nie daję mu do tego powodów. Jednak Justin to Justin i jak to się mówi; "pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają".
-
Muszę przyznać, że robienie z Panią interesów to czysta przyjemność - Trevor całuje wierzch mojej dłoni, czym robi na mnie pozytywne wrażenie. W tych czasach to raczej wymierający gest - Myślę, że nasza współpraca będzie bardzo owocna. Proszę przekazać mężowi pozdrowienia.
- Oczywiście. Zrobię to po jego powrocie z Kanady. Proszę tędy - otwieram drzwi, opuszczamy salę konferencyjną i zatrzymujemy się przy ścianie z windami - W razie jakichkolwiek pytań proszę śmiało dzwonić. Jestem pewna, że mój mąż odpowie na każde z nich. Miło było Panów poznać.
- Cała przyjemność po naszej stronie. Na pewno jeszcze się zobaczymy, Pani Cross. Do zobaczenia.
- Do widzenia - oddycham z ulgą, kiedy drzwi windy zamykają się, a mężczyźni znikają z zasięgu mojego wzroku. Dopiero teraz oddycham z ulgą i spoglądam na Glorię - To było niezręczne.
- To mało powiedziane! Widziałaś ich? Ten wysoki i przystojniejszy pożerał cię wzrokiem.
- Więc lepiej dla niego, że nie było tutaj Justina. Zabiłby ich samym spojrzeniem - chichoczemy jak nastolatki, a Gloria wznosi oczy ku górze - Okej, uciekam, bo czeka mnie jeszcze sporo spraw.
- Nie ma sprawy, zajmę się resztą. Szef będzie dumny! Ma Pani za sobą pierwszą transakcję.
- Przestań się ze mną droczyć, wariatko - przewraca oczami, cmokam ją w policzek, a Gloria patrzy na mnie zdziwiona - Dziękuję ci za pomoc, bez ciebie nie dałabym sobie rady. Jesteś kochana.
- Cała przyjemność po mojej stronie. Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć, Pani prezes.
- Okej, nawet nie zaczynaj - wystawiam palec na znak groźby, a Gloria wybucha śmiechem.

Dochodzi południe, a ja już jestem zmęczona. Czasu jest mało, Justin wraca o czternastej i muszę wykrzesać z siebie maksimum. Mam dla niego niespodziankę i zżera mnie ciekawość, czy coś podejrzewa. Dzisiaj wielki dzień, bo mamy co świętować. Pozyskałam nowego, zajebistego klienta i w dodatku od A do Z zrobiłam to sama! Poza tym dzisiaj są trzydzieste trzecie urodziny mojego kochanego męża, a ja zaplanowałam przyjęcie-niespodziankę, które odbędzie się w naszym ogrodzie. Mam z nim cudowne wspomnienia i cieszę się, że przekonałam go, abyśmy w nim zostali. Justin chciał kupić nowy dom, większy, bardziej wypasiony, ale nie zgodziłam się na to. Przecież w tym domu działa się magia i nie wyobrażałam sobie, żebym mogła zamieszkać gdziekolwiek indziej. Ustąpił i przyznał mi rację. Bywały momenty, w których był uległy jak baranek.

Parkuję przed domem mamy, wysiadam z samochodu i kieruję się do domu. Idę wzdłuż ozdobionej kwiatami alejki, unoszę głowę i spoglądam w niebo. Pogoda jest wspaniała, świeci słońce i nie ma grama wiatru. Liczę na to, że nagle nie spadnie deszcz i nie zepsuje długo planowanej niespodzianki.
- Mama! - uśmiecham się szeroko, kiedy ze środka niczym z procy wyskakuje Alex. Biegnie w moją stronę, kucam i pozwalam, aby wpadł w moje ramiona. Tulę go do siebie, głaszczę po pleckach i myślę, gdzie uciekł ten czas, skoro skończył już pięć lat - Wiesz, że babcia zabrała nas na lody?
- Och, naprawdę? A wiesz, że twoje gardło po paskudnej grypie nie doszło jeszcze do siebie?
- Wiem, ale babcia mówiła, że lody nie zaszkodzą, a wręcz pomogą na bolące gardło. Serio!
- To ciekawe, synku. Jaka szkoda, że mnie nie leczyła w ten sposób - burczę pod nosem, a Alex chichocze. Wchodzimy do domu, a w moje nozdrza natychmiast uderza zapach jabłek z cynamonem.
- Jesteśmy w kuchni! - Alex pociąga mnie za rękę i prowadzi do królestwa mojej mamy.
- Ależ pięknie pachnie! - zaciągam się zapachem, całuję mamę i skubię trochę ciasta.
- Hola, to dla twojego męża - karci mnie spojrzeniem i wystawia palec - Jak poszło spotkanie?
- Wspaniale. Mam ich w garści, podpisali umowę i niebawem wyciągnę od nich gruby szmal.
- Świetna wiadomość! Więc dochodzi kolejna rzecz do świętowania, Justin będzie szczęśliwy.
- Właśnie taką mam nadzieję. Liczę na to, że o niczym nie zapomniałam - podchodzę do blatu, na którym stoi fotelik i uśmiecham się do maleńkiej, ślicznej dziewczynki - Była grzeczna?
- Oczywiście, tylko ząbkowanie nie daje jej spokoju, co strasznie ją irytuje. Posmarowałam jej dziąsła tą maścią, którą zostawiłaś i było odrobinę lepiej. Spała dzisiaj prawie trzy godziny!
- Dziękuję, mamo. Bez ciebie bym sobie nie poradziła - całuję ją w policzek i ponownie kradnę trochę ciasta - No dobrze, zbieramy manatki i uciekamy. Trzeba się przygotować na powrót taty.
- Przyjedziemy z ojcem trochę wcześniej, pomogę ci ze wszystkim. Musi być idealnie.
- Stanowczo za bardzo rozpieszczasz swojego zięcia - przewracam oczami, a mama chichocze.

Kiedy tylko przekraczam próg naszego domu, Mia daje o sobie znać. Wybucha płaczem, przeciera oczka małymi piąstkami i żali się na cały, okrutny świat. Przytulam ją do siebie, kołyszę i próbuję uspokoić. Ząbkowanie to paskudna sprawa i chociaż wiem, że tak musi być, jest mi jest potwornie żal. Ma zaledwie osiem miesięcy, więc jeszcze sporo przed nami. Musi sobie z tym poradzić.
- Mamooooo, w przedszkolu będzie wycieczka do zoo, jutro jest zebranie. Przyjdziesz, prawda?
- Oczywiście, że przyjdę syneczku - czochram jego włoski i napawam się widokiem kopii Justina. To niesamowite, że jest do niego tak podobny! Nigdy nie zapomnę jego miny, kiedy powiedziałam mu o ciąży. Był lekko przerażony, ale przyjął to na klatę jak prawdziwy facet. Kochał mnie z całego serca i oznajmił, że zrobi mi tyle dzieci, ile tylko będę chciała. Cóż, byliśmy jeszcze młodzi, a na razie zatrzymaliśmy się na naszej cudownej dwójce. Justin był wspaniałym ojcem i nie mogłam napatrzeć się, kiedy tulił do siebie maleńką Mię i grał w piłkę z Alexem. Idealnie odnalazł się w tej roli - No dobrze, tata wraca za godzinę, więc trzeba przygotować się do przyjęcia. Idziemy? - Alex przytakuje głową, przeskakuje po dwa schodki na górę, a ja człapię za nim razem z Mią w ramionach. Na szczęście uspokoiła się i skupia uwagę na moim srebrnym łańcuszku z serduszkiem. 




Cross POV:

Wysiadam z samolotu i przeciągam się leniwie. Rozglądam się po płycie lotniska, schodzę ze schodów i kieruję się w stronę zaparkowanego nieopodal czarnego mercedesa. Wsiadam do środka, witam się z Taylorem i ruszamy do domu. Konferencja w Kanadzie trwała koszmarne, długie pięć dni, a to stanowczo za długo na rozłąkę z rodziną. Stęskniłem się za moją ukochaną żoną i dzieciakami. Nigdy nie opuszczałem ich na tak długi czas i ciężko było mi przyzwyczaić się do tej dziwnej ciszy w hotelu. Odkąd urodził się Alex mogłem pomarzyć o odrobinie odpoczynku. Ten dzieciak to wulkan energii i kiedy tylko wracam do domu wpada w moje ramiona i natychmiast zapominam o ciężkim dniu. I kiedy podrósł na tyle, że wreszcie mogłem się swobodnie wyspać, na świecie pojawiła się Mia. Cały proces zaczął się od nowa, jednak nie zamieniłbym tego za nic w świecie! Boże, kochałem moją rodzinę ponad wszystko! Lena od samego początku zawładnęła moim światem, wstrząsnęła nim i wywróciła do góry nogami. Wyszła za mnie, kochała mnie i w dodatku urodziła mi dwójkę, niesamowitych dzieci. Czego chcieć więcej? Byłem szczęśliwy i spełniony. 


Taylor parkuje pod domem, ściskam jego dłoń i po chwili wchodzę do domu. Nareszcie!
- Tata, tata, tata! - Alex krzyczy radośnie, kiedy tylko przekraczam próg i wtula się we mnie mocno. Unoszę go, okręcam dookoła i całuję w czoło - Nareszcie jesteś! Nie zostawiaj nas więcej na tak długo, okej? - odchyla głowę, patrzy na mnie spod byka i mruży oczy. Ups, nabroiłem! 

- Obiecuję, syneczku! To się więcej nie powtórzy - mrugam okiem, stawiam go na podłodze i zdejmuję marynarkę. Kiedy wchodzę do salonu zastaję w nim moją żonę, która wygląda obłędnie! Cholera, co za laska! - Hej, kochanie - mój uśmiech jest ogromny, oblizuję usta i wręcz nie mogę oderwać od niej wzroku - Jestem zaskoczony takim powitaniem, ale nie śmiem narzekać. Wyglądasz przepięknie - przytulam ją do siebie, zarzuca dłonie na moją szyję i całują ją - Tęskniłem.
- Wiem, ja również - szepcze seksownie wprost do mojego ucha, a jej oddech odbija się od skóry.
- Mam nadzieję, że pokażesz mi, jak bardzo tęskniłaś za swoim mężem. Wariowałem bez ciebie.
- Naprawdę? - uśmiecha się chytrze i pociera nosem o mój - Podobało ci się zdjęcie, które dostałeś?
- Co to za pytanie, hmm? - ściskam jej seksowne pośladki, przyciągam do siebie, a jej widok rozpala we mnie podniecenie. Prawie dostałem zawału, kiedy wczorajszego wieczora dostałem od niej mms'a. Gapiłem się w wyświetlacz jak zahipnotyzowany, śledziłem każdy detal jej idealnego ciała odzianego jedynie w seksowną, czarną bieliznę i miałem wrażenie, że dojdę na sam jej widok. Cwana bestia! Wiedziała, co ze mną zrobić - Miałem ochotę wsiąść w samolot, wrócić i przelecieć cię tak, aż nie mogłabyś chodzić - wsuwam dłoń pod jej krótką, czerwoną sukienkę, a drugą ściskam pierś. Przelotnie zerkam na Alexa, który ogląda swoją ulubioną bajkę, a Mia przysypia w kojcu - Nie masz pojęcia, jak ogromną mam na ciebie ochotę - oblizuje usta, czym doprowadza mnie do szaleństwa!
- Przypominam ci, że tuż obok są nasze dzieci - sunie opuszką palca po moim torsie i ściska sutek przez materiał koszuli. Kurwa mać, zaraz wybuchnę! - Poza tym mam dla ciebie niespodziankę.
- Niespodziankę? Zaskakujesz - porusza brwiami, całuję jej słodkie usta i niechętnie się od niej odklejam - Więc pójdę wziąć prysznic i przebrać się. A! Wiedz, że jestem z ciebie cholernie dumny, aniołku. Odwaliłaś kawał dobrej roboty. Mam najcudowniejszą żonę na całe kuli ziemskiej. Jesteś idealna - wbija zęby w wargę i patrzy na mnie z tym błyskiem rozczulenia w oczach. Właśnie dlatego tak bardzo ją uwielbiam. Mimo tego całego gówna, które musiała przejść w swoim życiu, nie poddała się i jesteśmy dzisiaj w tym miejscu. Razem z naszymi dziećmi. Przysięgam, że nie spotkało mnie w życiu nic piękniejszego - Zaraz wracam - całuję ją w czoło, podchodzę do kojca i spoglądam na moją maleńką dziewczynkę. Jest taka urocza, a moja miłość do niej jest przeogromna. Wprowadziła w nasze życie tyle radośni i idealnie je uzupełniła. Zdecydowanie chcę mieć więcej dzieci.


Dwadzieścia minut później schodzę na dół. Wykąpany, przebrany w świeżą, białą koszulę i czarne, eleganckie spodnie. wyczuwam nosem, że coś się święci, jednak nie mam bladego pojęcia, cóż to takiego. Lena odstrzeliła się w seksowną sukienkę, Alex również wyglądał inaczej, niż na co dzień, więc moja żona miała plan. Szukam jej wzrokiem, rozglądam się, jednak w salonie nie ma żywej duszy. Jest też podejrzanie cicho, a odkąd są dzieciaki, u nas nigdy nie bywa tak cicho!
- Kochanie, gdzie jesteś?! - wołam ją, odwracam się w stronę wejścia do ogrodu i zamieram. Widzę przez szybę coś, co mnie szokuje, rozsuwam drzwi, a w moje uszy wdziera się radosny wrzask.
- WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!!!!!!! - zebrani biją brawo, wypuszczą konfetti i klaszczą.
- O rany - drapię się kark, ale naprawdę jestem w szoku! Wszyscy tulą mnie do siebie, składają życzenia i wręczają mnóstwo prezentów. Nie sądziłem, że Lena wpadnie na tak zwariowany pomysł.
- Wszystkiego najlepszego, mężu - podchodzi do mnie i całuje czule - Oto twoja niespodzianka.
- Jesteś szalona, wiesz? Kocham to w tobie - wsuwam palce w jej włosy i całuję mocno, zachłannie, namiętnie. Niestety jest to krótki pocałunek, ponieważ goście patrzą wprost na nas - Dziękuję wam wszystkim za przybycie. Nie ukrywam, jestem zaskoczony, ale bardzo szczęśliwy - rozglądam się po zebranych i wyłapuję moich rodziców, rodziców Leny, moich znajomych - To naprawdę cudowna niespodzianka i cieszę się, że mogę spędzić swoje urodziny właśnie z wami - rozlegają się głośne brawa, a Paul gwiżdże jak nastolatek. Spoglądam na Karen, która puszcza mi oczko i tuli w ramionach ich syna, który przyszedł na świat zaledwie dwa miesiące temu. Pobrali się trzy lata po naszym ślubie, co cieszyło zarówno mnie, jak i Lenę. Wszystko układało się wspaniale i w spokoju mogłem cieszyć się rodziną. Amanda odsiedziała swoje dwa i pół roku, nie miałem z nią żadnego kontaktu jedynie doszły mnie słuchy, że jej ojciec porządnie się wkurwił i chociaż była dorosła, ponoć surowo ją za to ukarał - Och, a kto to? - moje rozmyślenia przerywa moja mama, która podaje mi Mię - Moja maleńka, urocza, ząbkująca dziewczynka - unoszę ją do góry, śmieje się głośno i próbuje dosięgnąć mojego nosa - Chodź, skarbie. Zjedzmy coś wreszcie - biorę Lenę za rękę, wszyscy siadamy przy stole, a głośne rozmowy wprowadzą luźny, rodzinny klimat. Sadzam Mię na kolanach, Paul podaje mi butelkę piwa i wystawia kciuk ku górze. Właśnie tak wygląda szczęśliwe życie. Z przyjaciółmi, rodziną, moją cudowną żoną i dziećmi. Nic więcej mi nie potrzeba. 







K  O  N  I  E  C 




**********************************************************

Hello! :)

No i dzisiaj  przyszedł czas na pożegnanie :)
Miałam mnóstwo wątpliwości odnośnie tego opowiadania. W sumie zawsze mam, ale to było 18+ i moje obawy były ogromne! Cieszę się jednak, że wam się spodobało i byłyście ze mną przez te wszystkie rozdziały. Chwile lepsze i te gorsze. Jestem mega szczęśliwa, że mam takich wspaniałych czytelników i wciąż dziwię się, że nie macie mnie jeszcze dość, hahaha :D

Dziękuję, dziękuję, dziękuję! ♥

Więc... wychodzi na to, że teraz zostajemy już tylko z SAUS :)


Buuzia!
Kasia

12.07.2016

Rozdział 44

Cross POV:
Budzi mnie dziwny hałas. Jakby kwilenie, ciężki i głośny oddech. A może po prostu mi się to śni?
- Proszę - dobiega mnie cichy szept, uchylam powieki, mrugam kilka razy i wreszcie się rozbudzam. Ziewam przeciągle, siadam i orientuję się, że nadal jestem w szpitalnej sali - Z-zostaw mnie, to boli.
- Lena - zrywam się na równe nogi, siadam na brzegu łóżka i przykładam dłoń do jej policzka. Jest rozpalona, spocona i mówi przez sen. Jej oddech wręcz szaleje, a łzy cieką po policzkach - Obudź się, kochanie - ostrożnie poklepuję jej policzek, zaczynam panikować, bo kompletnie nie reaguje. Zaciska dłonie na pościeli, wierci się i naprawdę musi śnić o czymś strasznym - No dalej - potrząsam jej ciałem, budzi się natychmiast i patrzy na mnie zszokowana. Jej oczy są wielkie jak spodki, wstrzymuje oddech i zamiera. Jasna cholera! Nigdy wcześniej nie byłem w takiej sytuacji, nie wiem, co mam robić, jednak muszę ją uspokoić - Jestem przy tobie, aniołku. To był tylko zły sen - przytulam ją do swojego ciała, kołyszę na boki, a ona szlocha głośno, drży i wczepia się we mnie jak rzep - Ciii, jest po wszystkim. Jesteś bezpieczna, nikt nigdy cię już nie skrzywdzi. Przysięgam.
- B-boję się - szepcze przez płacz, a moje serce się zaciska. Wydaje mi się, że pierwszy szok po porwaniu minął i dopiero teraz dociera do niej to, co się wydarzyło. Tak swobodnie rozmawiała ze mną, kiedy się obudziła. Miałem nadzieję, że zniosła to całkiem dobrze, jednak Lena jest krucha.
- Nie bój się, nie ma czego - odchylam jej głowę, ocieram łzy i całuję w czoło - Jego już nie ma.
- W-wróci po mnie, zabierze znowu - co takiego?! Marszczę brwi i patrzę na nią zdezorientowany.
- Nic takiego nie będzie miało miejsca, rozumiesz? - ujmuję w dłonie jej twarz, nasze nosy dzielą milimetry i dopiero teraz nieco się uspokaja - On nigdy więcej nie pojawi się w twoim życiu.
- On zawsze będzie już w moim życiu. Jest moim najgorszym koszmarem, nienawidzę go.
- To nieprawda. Tym razem zniknął na zawsze, nie zobaczysz go już. Twoje rany się zagoją, zabiorę cię do domu i wszystko będzie jak dawniej. Znowu będziemy bardzo szczęśliwi. Obiecuję.
- C-co masz na myśli, że zniknął na zawsze? Gdzie on jest, Justin? Siedzi w więzieniu?
- Kochanie, dochodzi trzecia rano. Spróbuj jeszcze zasnąć, dobrze? Będę przy tobie, nie bój się.
- Nie zrobię tego, dopóki nie dowiem się, gdzie jest Theo - zaciska szczękę i wiem, że nie wygram.
- Tak, Theo jest w więzieniu - nie mówię prawy, jednak nie jestem pewny, jak by ją przyjęła.
- Miał przy sobie nóż, widziałam to. Nie zrobił nic głupiego, prawda? Nie pozwolili mu na to?
- Nie, nie pozwolili. Theo jest zamknięty, a teraz śpij - przytulam ją do siebie i głaszczę po włosach.
- Nie zostawiaj mnie samej, dobrze? - kurwa! Jej słowa oraz strach ranią mnie jak nic innego!
- Nie zostawię cię, kotku. Będę tutaj z tobą przez cały czas, możesz spać spokojnie.
- Dziękuję - wtula głowę w zagłębienie mojej szyi i całuje czule - Bardzo cię kocham, Justin.
- A ja kocham ciebie. Najmocniej na świecie, nigdy o tym nie zapominaj.


O dziewiątej Lenę odwiedza lekarz. Kręci głową i długo wpisuje coś w jej kartę. Niecierpliwię się, a po wyrazie jego twarzy widzę, że coś musi być na rzeczy. Zleca podanie kolejnej kroplówki i leków.
- Pani Lena gorączkuje. Niepokoi mnie rana, ponieważ jest zaczerwieniona, lekka opuchnięta, a to wskazuje na infekcję. Będziemy podawać kroplówki na wzmocnienie i leki. Musimy dać pacjentce trochę czasu, będziemy działać i obserwować. Na razie to wszystko, co możemy zrobić.
- Dziękuję, Panie doktorze - mężczyzna posyła mi niepewny uśmiech i opuszcza salę. Przysiadam obok łóżka, wpatruję się w jej spokojną twarz i nasłuchuję miarowego oddechu. Śpi i wygląda jak słodki aniołek - Musisz być dzielna, skarbie, wiesz? - szepczę cichutko, ledwo słyszalnie i ostrożnie biorę jej dłoń - Jesteś bardzo silna, a ja jestem z ciebie taki dumny - muszę przełknąć ślinę i łzy, które zbierają się pod powiekami - Walczyłaś z tym złamasem, poradziłaś sobie i teraz też to zrobisz. Dla siebie, dla mnie, dla nas. Przysięgam, że wszystko będzie dobrze. Tylko się nie poddawaj.
- Justin? - mój monolog przerywa wchodzący do środka Olivier. Zostawiam Lenę, podchodzę do niego i ściskam jego dłoń - Przyszedłem tylko na chwilę, nie chcę przeszkadzać. Jak ona się czuje?
- Gorączkuje, do rany wdała się jakaś infekcja, jednak lekarze mają na nią oko i podają leki.
- Wierzę w nią, to dzielna dziewczyna. Chciałem cię przeprosić - wzdycha ciężko, wsuwa palce we włosy i widzę, jak bardzo jest na siebie wściekły - Nawaliłem, a miałem ją chronić kosztem własnego życia. Przysięgam, robiłem to, byłem czujny. Chodziłem za nią jak cień, czekałem pod firmą aż skończy pracę, a tu nagle wszystko się spierdoliło - zrezygnowany kręci głową, wpatruje się w Lenę i zwija dłonie w pięści - Poszedłem tylko po kawę, a kiedy wracałem z kawiarni ktoś zaszedł mnie od tyłu i po prostu walnął w łeb. Straciłem przytomność, a potem wszystko pamiętam jak przez mgłę. Odzyskiwałem świadomość, traciłem ją i tak w kółko. Nie kontaktowałem i nie miałem pojęcia, co się tak naprawdę dzieje - przekręca głowę, patrzy mi w oczy i dostrzegam w nich poczucie winy - Nigdy, odkąd pracuję w ochronie nie przydarzyło mi się coś podobnego. Dawałem z siebie wszystko, chroniłem wiele osób, a oni obdarzyli mnie zaufaniem. Nie wybaczę sobie, że ona leży tutaj przeze mnie. To moja wina, tak łatwo dałem się podejść. Wyrzuty sumienia zżerają mnie od środka.
- No już, uspokój się - układam dłoń na jego ramieniu i ściskam mocno - Nie winię cię za to, co się stało - marszczy brwi i patrzy na mnie jak na wariata - Theo i Amanda planowali to od bardzo dawna, tak czy siak doszłoby do tego, a ty nic nie mógłbyś zrobić. Nikt się tego nie spodziewał, uderzyli z zaskoczenia. Sam mogłem domyślić się, że coś nie gra, ale ani Amy, ani Theo nie odezwali się do nas przez dobry miesiąc. To był plan idealny, zrealizowany w odpowiednim momencie.
- Niech ich szlag! Żałuję, że ten pojeb się zabił, powinien zgnić w najgorszym możliwym więzieniu.
- W tej kwestii się z tobą zgodzę, ale jest po wszystkim. Jego już nie ma, a Amy jest w areszcie.
- Całe szczęście. Mam nadzieję, że Lena dojdzie do siebie i ta sytuacja nie odbije się na jej psychice.
- Zatrudnię najlepszych lekarzy na świecie, aby postawili ją na nogi. Zapewniam cię.

Popołudniu ponownie w odwiedziny wpadają moi rodzice, rodzeństwo oraz rodzice Leny. Dopytują o stan zdrowia mojej żony, więc opowiadam w skrócie o wizycie lekarza i jego rokowaniach.
- Niedawno podali jej antybiotyk na infekcję rany. Lekarz zapewnił, że będzie dobrze tylko potrzeba na to trochę więcej czasu. Poza tym Lena jest obolała, więc musi sporo odpoczywać.
- Wiedziałam, że pojawienie się Theo sprowadzi na Lenę kłopoty. Ten człowiek to wcielenie zła.
- Kochanie, uspokój się - tata Leny kręci głową i kładzie dłoń na ramieniu żony - Jego już nie ma.
- A szkoda. Powinien cierpieć za to, co zrobił, a on wybrał najłatwiejszą drogę i po prostu się zabił.
- Nasze dziecko będzie bezpieczne, już nigdy więcej jej nie dotknie. O tym powinnaś teraz myśleć.
- Boże, moja mała córeczka - zakrywa twarz rękami i wybucha rzewnym płaczem. Poczucie winy uderza we mnie niczym tona cegieł, czuję się potwornie i gdybym nie wyjechał, może nic by się kurwa nie wydarzyło! - W przeszłości tyle przez niego wycierpiała, zgwałcił ją, poniewierał, bił i jak gdyby nigdy nic ponownie wrócił do jej życia. To diabeł. Gdyby żył, sama bym go zabiła.
- Już dobrze. Wyjedziemy na chwilę - kiwa do mnie głową, obejmuje żonę i opuszczają salę.
Zapada cisza, oddycham głęboko i siadam na brzegu łóżka. Biorę jej ciepłą dłoń, całuję wierzch uważając na wbity wenflon. Śpi spokojnie wtulona w poduszkę, jej usta są lekko rozchylone, a oddech miarowy. Niczego bardziej nie pragnę, jak tego, aby już mogła wyjść do domu i wróciła do zdrowia. Wydobrzała, zapomniała o tym koszmarze i ponownie zaczęła żyć pełnią życia, zanim znowu pojawił się Theo. Wierzę, że uda nam się odbudować chwilowo utracone szczęście.

Wieczorem, kiedy skupiam uwagę na laptopie i sprawdzam, co w firmie, Lena się budzi. Ziewa słodko, porusza ramionami i rozgląda się po pokoju. Wyłapuje moje spojrzenie i oddycha z ulgą.
- Hej - uśmiecha się lekko, przeciera oczy palcami i wystawia dłoń, abym do niej podszedł.
- Hej, śliczna - odkładam laptop, podnoszę tyłek z fotela i siadam na łóżku - Jak się czujesz?
- Całkiem dobrze - krzywi się nieco, kiedy unosi ręce do góry i przeciąga się - Nadal jestem obolała.
- To normalne, daj sobie trochę więcej czasu. Musisz odpoczywać, aby całkowicie dojść do siebie.
- Nie mogę się tego doczekać - chichocze uroczo i bawi się moimi palcami - Wiesz, jestem głodna.
- Naprawdę? - unoszę brew, a Lena karci mnie spojrzeniem - Cieszy mnie to. Już coś organizuję.
- Mam nadzieję, że to będzie coś normalnego i smacznego. Nie tknę niczego rozgotowanego. Fuj.
- Postaram się, aby ci smakowało - mrugam okiem, wyjmuję telefon i dzwonię pod odpowiedni numer. Szybko składam zamówienie w mojej ulubionej restauracji z dowozem na miejsce - Gotowe!
- Dziękuję, jesteś kochany - robi dzióbek z ust i nadstawia je do pocałunku. Pochylam się i posłusznie składam na nich czułego buziaka - Co z moją nogą? - odkrywa kołdrę i patrzy na opatrunek.
- Goi się, nie ma powodu do obaw. Miałaś dość wysoką gorączkę, ale w ranę wdała się infekcja. Lekarze czuwali, podwali ci leki oraz kroplówki. Jesteś w najlepszych rękach, kochanie.
- Nie powinno mnie to dziwić, cały ty! - uśmiecha się i ściska moją dłoń - Co z Amandą?
- Lena - masuję skronie, a jej pytania mnie niepokoją. Mam świadomość, że będę musiał powiedzieć jej prawdę o Theo, ponieważ nie chcę tego przed nią ukrywać - Jest w areszcie i szybko nie wyjdzie.
- Wciąż nie wierzę, że pomogła Theo w jego chorym planie. Ma na twoim punkcie obsesję.
- To już nie ma żadnego znaczenia, liczysz się tylko ty. Amanda poniesie karę za to, co zrobiła.
- I dobrze. Theo popełnił błąd i ponownie wylądował za kratkami. Niedawno stamtąd wyszedł.

- Właściwie nie trafił za kratki - biorę głęboki oddech i przygotowuję się na to, aby powiedzieć ukochanej kobiecie, że jej psychiczny ex sam wymierzył sobie karę - Nie chciałem cię denerwować, dlatego nie powiedziałem ci prawdy - marszczy brwi, patrzy na mnie zdezorientowana jednak nie wie, co chcę powiedzieć - Byłaś zmęczona, osłabiona. Nie gniewaj się na mnie, dobrze?
- Nie gniewam się na ciebie, Justin. Proszę, powiedz mi, co się wydarzyło wtedy w jego domu.
- Theo się zabił - kiedy wypowiadam te słowa, Lena przykłada dłoń do ust, a jej oczy są wielkie jak spodki. Jest w szoku i właśnie tego chciałem jej oszczędzić - 
Kiedy Taylor zabrał Cię do samochodu, zostałem z Theo i policją. Mówił, że woli się zabić, niż wrócić do więzienia. Próbowałem przekonać go, aby zachował się jak mężczyzna i wziął odpowiedzialność za to, co zrobił, bo zrobił coś, czego nigdy nie powinien. Policja nie zdążyła zareagować, a on wbił nóż w swoje serce. Sam siebie ukarał.

- Boże - szepcze cicho i zamyka oczy - Więc zabił się przeze mnie? Chciał być tylko ze mną, on, on...
- Nie rób tego! - mój głos brzmi ostrzej, niż zamierzałem i karcę się za to w myślach - Spójrz na mnie, Lena - podsuwam palce pod jej brodę, opiera się, jednak w końcu podnosi głowę i patrzy mi w oczy - Ani mi się waż, zrozumiałaś? - posyłam jej surowe spojrzenie, ale musi coś zrozumieć - Nie ponosisz odpowiedzialność za to, że Theo odebrał sobie życie. Oboje wiemy, że działo się z nim coś dziwnego i miał na twoim punkcie obsesję. To nie twoja wina, skarbie. Porwał cię, zranił i Bóg wie, co by jeszcze zrobił, gdybym nie zdążył - wzdryga się na samą myśl, przytulam ją do siebie i głaszczę po plecach. Chcę dać jej tyle wsparcia ile tylko zdołam - Przykro mi, że tak się stało, chociaż wcale nie jest mi go żal. Zasłużył na karę, a skoro nie chciał trafić z powrotem za kratki, sam wybrał coś o wiele gorszego - Lena kiwa głową, wtula się w moje ciało i opiera brodę na moim ramieniu. Drży, a ja jestem wściekły, że płacze za tym złamasem. Mimo wszystko nie komentuję tego, ani nie robię jej wyrzutów. Widocznie tego właśnie potrzebuje, wyrzucić z siebie wszelkie emocje związane z Theo, aby móc ruszyć dalej i zapomnieć o nim - Jestem przy tobie, aniołku.



***
Lena opuściła szpital trzy tygodnie później. Jej stan psychiczny pozostawiał wiele do życzenia, lekarz zaproponował terapię u psychologa, więc znalazłem najlepszego. Odwiedzał ją w domu, dużo rozmawiali, otworzyła się i wyrzucała z siebie wszystko jak z karabinu, jakby chciała mieć to szybko za sobą. Bywały dni, kiedy podczas wizyt płakała, innym razem była wściekła, a jeszcze kiedy indziej przeklinała Theo. Jednak przede wszystkim zaczynała być sobą. Z każdym mijającym dniem wracał jej dobry humor oraz uśmiech, za którym tak bardzo tęskniłem. Moje serce zaciskało się ze szczęścia, kiedy chichotała z Karen po jej opowieściach o nowej sąsiadce, która ma trzynaście kotów! Jej przyjaciółka narzekała, że nie przestają miauczeć, co doprowadzało ją do granicy wytrzymałości. Niby banalny temat, a moja ukochana żona nie mogła przestać się śmiać. Wymyśliły chyba milion sposobów na to, jak pozbyć się kotów, a potem doszły do wniosku, że kotki są urocze i nie można robić im krzywdy. Słuchając tego wciąż przewracałem oczami, a Paul wzdychał ciężko. Kobiety i ich humorki. W jednej chwili planują morderstwo, a w drugiej przytulają nas do piersi.
Rana na udzie również ładnie się goiła. Dokuczał jej ból, nie mogła nadwyrężać nogi, więc sporo leżała, co oczywiście doprowadzało ją do szaleństwa. Lena nie usiedzi na tyłku zbyt długo, więc musiałem stawać na głowie, aby odpowiednio zając jej czas. Obejrzeliśmy chyba z czterdzieści seriali, na których śmiała się, płakała albo przeklinała. Wiele razy nosiłem ją na rękach, spacerując po ogrodzie ciesząc się piękną pogodą. Jej powrót do zdrowia cieszył mnie jak nic innego, a jej szeroki uśmiech wynagradzał mi wiele bezsennych nocy oraz całkowite zaniedbanie pracy. To nie do pomyślenia, ale przez prawie dwa miesiące zajrzałem tam jedynie trzy razy. Czasami miałem o to do siebie żal, jednak widok przestraszonej, zapłakanej Leny po kolejnym koszmarze szybko rozmywał wizję siedzenia w biurze. Ona była dla mnie najważniejsza, a firmę zostawiłem w rękach Ryana i Chaza, którzy jak zawsze świetnie sobie radzili. Odwalali kawał niesamowicie dobrej roboty.

Sprawdzam najnowsze zamówienie dla LogiMaster, a do mojego domowego biura wchodzi Lena. Podnoszę głowę, oblizuję usta i podziwiam jej krótką koszulkę oraz białe spodenki. Wygląda bardzo seksownie, a muszę zaznaczyć, że nasze życie seksualne zostało ograniczone do minimum. Lena była zbyt obolała, przygnębiona i smutna, aby myśleć o seksie. Nie miałem zamiaru jej tym zadręczać, jednak teraz, kiedy doszła do siebie wizja jej w łóżku prześladowała mnie niemal non stop.
- Dlaczego tak na mnie patrzysz? - zawstydza się, bawi palcami i wbija zęby w wargę. Staram się ignorować bliznę na jej udzie, która już się wygoiła, ale zawsze będzie przypominać mi o Theo.
- Patrzę, ponieważ mam najpiękniejszą żonę na świecie - mrugam okiem, wyciągam dłoń, a Lena podchodzi i siada na moich kolanach - Jak się czujesz, kochanie? Potrzebujesz czegoś?
- Nie, wszystko jest w porządku. Czuję się dzisiaj cudownie, nic mnie nie boli i jestem pełna energii - sunie opuszką palca po moim ramieniu, śledzi jego ruch, a jej policzki pokrywają urocze rumieńce. Coś się kroi - A skoro moje samopoczucie jest tak dobre, może masz ochotę, no wiesz...
- Mam rozumieć, że moja żona ma ochotę na seks, ale nie wie, jak mi to powiedzieć? - unoszę brew, a Lena robi się czerwona jak burak! Nie łapię tego, przecież jest moją żoną! - Jesteś pewna, że czujesz się na siłach? Nie mam zamiaru zrobić ci tym krzywdy, wiesz? - przytakuje głową, pochyla się i zaskakuje mnie zachłannym, mocnym pocałunkiem, który działa na mnie niemal natychmiast. Nie przerywając tej pieszczoty unoszę ją, zanoszę do naszej sypialni i układam w łóżku - Skoro moja żona chce seksu, zaraz go dostanie - przygryzam jej wargę, uśmiecham się, a ona nagradza mnie seksownym jak diabli jękiem. Ależ mi tego brakowało! - Wiedz, że to będzie super delikatny seks, kochanie. Jeśli masz w głowie jakieś brudne fantazje, radzę ci je stamtąd szybko wyrzucić.
- Przekonajmy się, czy taki będzie - wsuwa dłonie pod mój t-shrit i zdejmuje go jednym ruchem.
- Chcesz być niegrzeczną dziewczynką? - mrużę oczy, Lena niewinnie wzrusza ramionami i odpina guzik w moich jeansach. Zaskakują mnie jej śmiałe ruchy - Kocham cię, jesteś dla mnie wszystkim.
- A ty jesteś wszystkim dla mnie. A teraz przestań mówić, twoja żona jest bardzo spragniona.

- Mówisz masz - wsuwam palce w jej włosy, a w moim sercu roznosi się ciepło. Mój anioł.






******************************************************
Hello! :)
Nie wiem, czy rozdział przypadnie wam do gustu, bo za bardzo nic się w nim nie dzieje.
Musiałam jednak wyjaśnić pewne sprawy, aby wszystko było jasne :)
Dodam tylko, że pozostał już tylko epilog :)

Buuziam!
Kasia




05.07.2016

Rozdział 43

Lena POV:
Siedzę pod drzewem, cala spocona, zmarnowana, zmęczona i wpatruję się w Amy, która zatrzymuje samochód, wychodzi z niego i kręci głową z niedowierzaniem. Dlaczego mam takiego pecha?
- To są chyba jakieś jaja! Jakim cudem uciekłaś, ty mała dziwko? - syczy przez zęby, szarpnięciem stawia mnie na nogi, chociaż są jak z waty - Ten idiota do niczego się nie nadaje! - prycha wkurzona, wlecze mnie do samochodu i wciska na miejsce pasażera - Na nikim już nie można polegać.
- P-proszę, zostaw mnie, pozwól mi odejść - patrzy na mnie jak na wariatkę i uruchamia silnik.
- Możesz o tym jedynie pomarzyć. Nie zepsujesz mojego planu, rozumiesz? Zbyt długo czekałam na to, abyś wreszcie zniknęła, a Theo cię pragnie. Ja chcę jedynie odzyskać Justina i to stanie się jeszcze dzisiaj - posyła mi pewny siebie uśmieszek, wrzuca bieg i rusza do miejsca, które jest piekłem.

Kiedy tylko wchodzimy do domu, w oczy rzuca mi się Theo. Zdążył owinąć ranę bandażem, który i tak przesiąka krwią. Nie sądziłam, że jeden cios potrafi wyrządzić aż tak wielką krzywdę.
- Podejdź do mnie - rozkazuje surowo, zaciska szczękę i patrzy mi prosto w oczy. Za mną stoi Amanda, blokuje wyjście z domu, więc i tak nie mam wyjścia. Ruszam w paszczę lwa, zatrzymuję się przed nim, a jego dłoń ląduje na moim policzku. Cios jest tak potwornie mocny, aż powala mnie na podłogę. Zapowietrzam się, walczę o oddech, a Theo nie poprzestaje na jednym razie. Brutalnie podnosi mnie za włosy, policzkuje po raz drugi, ale nie pozwala upaść. Bezlitośnie wbija palce w moje ramiona, rani skórę, a ja skupiam się na bólu, który falą ciepła rozchodzi się po obu policzkach - Pożałujesz tego, co zrobiłaś - syczy w moją twarz, chwyta nóż i bez wahania wbija go w moje udo. Wrzeszczę, aż zdzieram sobie gardło, przed oczami robi mi się czarno, a ból paraliżuje każdy nerw w moim ciele. Teraz rozumiem jego krzyk, kiedy robiłam mu dokładnie to samo - Prosiłem, abyś była grzeczna, a ty nie posłuchałaś. Dawniej byłaś bardziej posłuszna - ledwo docierają do mnie jego słowa, krztuszę się łzami i gdyby nie wbijał palców w moje ramiona, już dawno leżałabym jak długa. Przechyla głowę wpatruje się w moją wykrzywioną bólem twarz i upaja się tym widokiem - Spójrz na mnie - przenosi dłoń na moją szczękę, zmusza, abym uniosła głowę i nasze oczy się spotykają - Boli, prawda? Bardzo dobrze. Będziesz cierpiała każdego dnia, kochanie. Koniec z litością.
- Theo, nie mamy czasu na pogawędki. Justin na pewno już wrócił, musimy stąd spieprzać.
- Masz rację, zbierajmy się - zmusza mnie do ruchu, ale brak mi sił i potykam się o własne nogi. Theo szarpie mnie w górę, krzyczę z bólu i mam wrażenie, że zaraz zedrze skórę z moich ramion - Musisz sobie poradzić, Lena. Przecież jesteś taka dzielna i odważna - kpi ze mnie, popycha brutalnie, ale to jest ten moment, w którym prawie odlatuję. Osuwam się po ścianie, zamykam oczy, a parzące ciepło rozchodzi się po moim ciele. Czuję nóż tkwiący w moim udzie i myślę, czy przy każdym ruchu nie rozrywa czegoś w środku - To nie czas na odpoczynek. Chciałem byś dla ciebie dobry, ale miałaś to w dupie, więc ja mam w dupie to, że teraz cierpisz - podnosi mnie, wlecze za sobą, aż muszę przytrzymać się jego ramienia. Dlaczego do cholery nie mogę zemdleć, aby nie czuć tego koszmarnego bólu, kompletnie się odciąć? Czy los musi się tak ze mną bawić? - Wsiadaj - Theo otwiera drzwi od czarnego SUV'a, sadza mnie na miejscu pasażera i zapina pasami - Idę po walizki, zaraz wracam - wystawia palec na znak groźby, zamyka drzwi i dodatkowo blokuje zamki.
Jak przez mgłę obserwuję wchodzącego do domu chłopaka, a razem z nim Amandę. Jestem na granicy świadomości, po omacku chwytam za rączkę noża i próbuję wyciągnąć. Niestety nie mam aż tyle siły, krew jest dosłownie wszędzie i brudzi moje spodnie oraz siedzenie. Nie jestem pewna, czy Theo zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji, w jakiej właśnie jestem. Jeśli nie zatamuje krwawienia nigdzie mnie nie wywiezie. No chyba, że zadowoli go moje martw ciało, w co szczerze wątpię.
- Lena! - wzdrygam się, gwałtownie uchylam powieki i przekręcam głowę w stronę bocznej szyby, za którą stoi Justin. To sen? Umieram, a moja podświadomość podsuwa mi jego piękną twarz, aby łatwiej było mi odejść? Jeśli tak, jestem jej za to niezmiernie wdzięczna, bo jego widok natychmiast mnie uspokaja - Kochanie, wytrzymaj - przykłada dłonie do szyby, resztką sił robię to samo i zostawiam na niej czerwone ślady. Łzy ciekną po moich policzkach, wpatruję się w jego piękne, czekoladowe oczy i pragnę poczuć jego ramiona, które mocno mnie do siebie tulą - Proszę, nie płacz. Nie bój się, jestem tutaj - po tych słowach rozlega się huk tłuczonego szkła, marszczę brwi i przekręcam głowę w drugą stronę. Dostrzegam znajomą postać, lecz jestem zbyt słaba, aby ją rozpoznać - Taylor, daj apteczkę. Szybko! - Justin wsiada na miejsce kierowcy, pochyla się nade mną i ogarnia moje mokre włosy - Jestem przy tobie, aniołku. Przysięgam, że wszystko będzie dobrze. Zaufaj mi - całuje moje wyschnięte na wiór usta i dopiero teraz uświadamiam sobie, że on naprawdę tutaj jest. To mi się nie śni, Justin odnalazł mnie, zabierze do domu! - Bądź dzielna - rozrywa materiał jeansów, kręci głową i odbiera małe, czerwone pudełeczko od mężczyzny, który stoi po mojej prawej stronie - Niech to szlag, nie jest dobrze. Nie mogę wyjąć noża, wtedy nie zatamuję krwawienia - wyjmuje bandaż z apteczki, owija moją nogę powyżej rany i tamuje wypływającą krew - To musi na razie wystarczyć. Jedziemy do szpitala - opuszcza samochód, podchodzi z mojej strony i bierze mnie na ręce. Jęczę z bólu, który przepływa przez moje ciało niczym prąd. Twarz, plecy oraz żebra po uderzeniach Amandy dają mi niesamowicie w kość - Przepraszam, kochanie. Nie chciałem.
- Zostaw ją! - wzdrygam się na surowy głos Theo. Moja głowa bezwładnie opada do tyłu, ale brak mi już sił, aby utrzymać ją w pionie. Niech się dzieje, co chce - Ona należy do mnie. Zawsze należała!
- Czy ty się słyszysz, człowieku? Lena to moja żona, idioto! Naprawdę sądzisz, że należy do ciebie?! Jesteś szurnięty, jeszcze dzisiaj wrócisz do więzienia i nigdy już z niego nie wyjdziesz! Gwarantuję!
- Pieprz się, mam w dupie to, co mówisz! Nie zabierzesz mi jej, jeszcze dzisiaj wyjedziemy.
- Lecz się, Theo. Nie rozumiesz, że nigdy nie będziesz z Leną? Na to jest już za późno.
- Nieprawda! To da się jeszcze naprawić, da mi drugą szansę! Albo będzie ze mną albo z nikim!
- Wiesz, co? Nie mam czasu na twoje pierdolenie! Skrzywdziłeś ją, muszę zabrać żonę do szpitala. Nie wybaczę sobie tego, że pozwoliłem, abyś tak łatwo ją zabrał, ale zapewniam cię, że nigdy nic podobnego nie będzie miało miejsca. A ty... - zaciska szczękę, jego ciało napina się jak struna i wzmacnia uścisk wokół mojego ciała - Jesteś skończona, rozumiesz? Jestem potwornie rozczarowany twoim zachowaniem i nie dowierzam, że kiedyś byłaś moją przyjaciółką, kimś, na kim mi zależało. Zapłacisz za to, że położyłaś ręce na mojej żonie. Oboje tego pożałujecie - ledwo kończy mówić, a po okolicy roznosi się odgłos syren. Resztką siłą uchylam powieki, obok nas parkują cztery radiowozy, a z nich wychodzą policjanci, którzy wymierzają broń w Theo. Boże! Czy takie rzeczy nie dzieją się tylko w filmach? - Radzę się poddać. Jesteście otoczeni, to koniec wszystkiego.
- Unieście ręce i ulęknijcie! - głos policjanta brzmi surowo, a spluwa wymierzona w Theo i Amy.
- Nie wrócę do tego przeklętego miejsca! - Theo rzuca torbę na ziemię, jednak przed w tym wyjmuje z niej nóż - Lena, proszę, wyjedź ze mną - jego głos brzmi zupełnie inaczej, niż jeszcze kilka minut temu, kiedy bezlitośnie mnie ranił. Teraz jest wręcz błagalny, litościwy - Kocham cię, süsse!
- Taylor - obok nas zjawia się mężczyzna i dopiero teraz rozpoznaję w nim kierowcę Justina - Zabierz ją do samochodu i jak najszybciej zawieź do szpitala - och, nie! - Spokojnie, kochanie. Dołączę do ciebie za kilka minut, nie obawiaj się - uchylam usta, aby błagać go o to, żeby jechał ze mną, jednak całuje mnie czule i oddaje w ramiona innego mężczyzny. Musi mu ufać, inaczej nigdy by się na to nie zgodził. Taylor układa mnie na tylnym siedzeniu, okrywa kocem i po chwili rusza.



Cross POV:
Jestem wściekły, ponieważ zamiast użerać się z tym skurwielem, powinienem jechać z Leną do szpitala. Jestem spokojny, bo Taylor odpowiednio się nią zaopiekuje, a ja dokończę sprawę z Theo.
- I co chcesz zrobić, huh? - zakładam ręce na piersiach i patrzę mu w oczy - Zabijesz się?
- Żebyś wiedział! Nie wpakujesz mnie do więzienia, nie wrócę tam! To prawdziwe piekło!
- To nie ja chcę cię tam wpakować, sam to zrobiłeś zabierając Lenę. Porwałeś ją, stary. Naprawdę sądzisz, że to wszystko skończy się dobrze? Nie, niestety mam dla ciebie złą wiadomość - wzruszam ramionami, Theo patrzy na mnie z mordem w oczach i nerwowo ściska w dłoni nóż - Popełniłeś błąd, a za błędy się płaci. Tak to działa - spoglądam w bok i wyłapuję wzrok jednego z policjantów. Henry Blossom jest przyjacielem mojego ojca, znają się od przedszkola i traktują się wręcz jak bracia. Jest odpowiednim człowiekiem, w odpowiednim miejscu - Daj spokój, Theo! Bądź mężczyzną!
- Wolę umrzeć! Znowu zabrałeś mi Lenę! - przystawia nóż do swojego brzucha, jego dłoń drży i kiedy tak na niego patrzę, dostrzegam w wyrazie jego twarzy coś z szaleńca. Theo zwariował.
- Nie rób tego - Amanda kładzie dłoń na jego ramieniu i kręci głową. Co za głupia idiotka.

- Pieprz się! - krzyczy wprost w jej twarz i obawiam się, że być może wyrządzi jej krzywdę.
- Amy - przekręca głowę, spogląda na mnie zaskoczona, a ja samym spojrzeniem daję jej znak, aby się od niego odsunęła. Na szczęście załapuje, o co mi chodzi - Wyluzuj, stary. Musisz zachować się jak dorosły facet. Skoro narozrabiałeś, musisz wziąć to na klatę i odpowiedzieć za swoje czyny - obserwuję Amy, która przesuwa się i oddala od Theo - Porwałeś Lenę, zrobiłeś coś bardzo złego, za co należy się kara - nawijam jak nakręcony, aby Amanda miała czas. Nie chcę, aby ucierpiała przez tego skurwiela. Wyrządził już wystarczającą ilość krzywd. Oddycham z ulgą, kiedy przejmuje ją jeden z policjantów i los Theo jest mi już obojętny - Wiesz, co? Rób co chcesz, mnie to nie obchodzi. Dla mnie najważniejsza jest moja żona, która jest z dala od ciebie. Jest wasz, panowie.
Odsuwam się do tylu, robię im miejsce i wreszcie wchodzą do akcji. Podchodzą do Theo, wciąż celują do niego z broni, ale on jest szybszy i po prostu wbija nóż prosto w swoje serce. Kurwa! Uchylam usta, gapię się na jego upadające ciało i szczerze mówiąc nie sądziłem, że będzie w stanie się do tego posunąć. Przecieram twarz rękami, oddycham głęboko i odwracam wzrok. Nie chciałem dla niego tak drastycznego końca, jednak sam o tym zdecydował.

Spoglądam przez okno, wpatruję się w zachodzące powoli słońce, a w mojej głowie szaleje tornado przeróżnych myśli. Analizuję to, co wydarzyło się w przeciągu kilku ostatnich godzin, staram się pojąć, w którym momencie nawaliłem i jakim cudem do tego doszło. Powinienem był to przewidzieć, a jednak ochraniający ją Olivier pozwolił mi być spokojnym. Ten człowiek to zawodowiec, jednak każdy popełnia błędy, on również. Nie wiem, co się dokładnie wydarzyło, ale mam zamiar się tego dowiedzieć. Świadomość, że Theo z Amandą planowali to zapewne nie od wczoraj, dodatkowo potęguje moją złość. Niestety mój wyjazd idealnie zgrał się w czasie, pomógł im w tym, a ja byłem daleko stąd. Niech to szlag! Mam pieprzoną obsesję na punkcie jej bezpieczeństwa, a i tak nie zdążyłem jej dostatecznie ochronić. Co ze mnie za mąż? Czy Lena będzie w stanie mi to wybaczyć?
- Justin? - cichy głos Connora wyrywa mnie z moich myśli, odwracam się i kiwam głową, abym wszedł do środka - Mam kilka wiadomości, chcesz usłyszeć je teraz? To może poczekać.
- Daj spokój, chcę wiedzieć wszystko ze szczegółami. Moment jest idealny, co tam masz?
- Pierwsza sprawa; Amanda. Zabrała ją policja, zostanie przesłuchana i wtedy dowiem się więcej. Lena wspominała, że ją pobiła, brała udział w porwaniu więc zapewne trafi za kratki - no proszę! Moja przyjaciółka, kobieta, z którą kilka miesięcy temu świetnie się bawiłem trafi do pudła. Czegoś takiego w życiu bym się nie spodziewał. Jej ojciec dosłownie wyjdzie ze skóry! - Druga sprawa; Olivier - och, tego akurat jestem bardzo ciekawy - Załatwili go - kurwa! Mój oddech przyśpiesza, gapię się na niego zdezorientowany, a w mojej głowie pojawiają się brzydkie obrazy - Nie, spokojnie. Żyje, ma się całkiem dobrze i pewnie jutro go wypiszą. Wiesz, że związali go, trzymali w piwnicy i faszerowali jakimś gównem? - przecieram twarz rękami, ze świstem wypuszczam powietrze i wręcz nie wierzę, że ta dwójka była w stanie posunąć się aż tak daleko. Nawet nie chcę myśleć, co by się stało gdybym nie zdążył i nie zabrał Leny - Naprawdę zajebiście to sobie zaplanowali, przemyśleli detale i prawie im się to wszystko udało. Lena nie miała żadnych szans. Jak ona się czuje?
- Jej narządy wewnętrzne są w porządku, chociaż po pobiciu przez Amy jest nieźle poturbowana. Rana to gorsza sprawa, straciła sporo krwi, na szczęście nie doszło do uszkodzenia mięśni. 

- Jest silna, świetnie sobie poradziła. Nie sądziłem, że w tak drobnym ciele jest tak waleczna kobieta.
- Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo jestem tym zaskoczony - spoglądam na jej spokojną, pogrążoną w śnie twarz i wciąż się dziwię, że tak dzielnie walczyła, nie poddała się i nawet zraniła tego skurwiela! Chuchałem na nią i dmuchałem, a ona pokazała niesamowitą wolę walki - Cieszę się, że jest cała. Nigdy więcej nie pozwolę, aby ktokolwiek ją skrzywdził. I tak zżera mnie poczucie winy.
- Nie powinieneś się obwiniać, to nie była twoja wina. To splot nieszczęśliwych wydarzeń, Justin i nic więcej. Theo to planował, nikt z nas tego nie przewidział, a ten dupek nas zaskoczył.
- To prawda, zaskoczył jak diabli. Do tej pory nie pojmuję, jakim cudem mu się to udało.
- Ja też nie, ale to już za nami. Lenie nic już nie grozi, Theo nie żyje. Już nigdy jej nie skrzywdzi.
- Tak, ta myśl cholernie mnie pociesza - uśmiecham się smutno i przecieram zmęczoną twarz.

Lena wciąż śpi, jednak to nie powstrzymuje moich rodziców, którzy po cichutku wchodzą do środka, a za nimi Jazzy razem z Jaxonem. Szybko dołączają do nich Karen z Paulem oraz rodzice Leny. Rozmawiamy cicho, aby jej nie obudzić, a kiedy opowiadam o tym, co się stało, wszyscy zamierają zszokowani. Nikt z nas nie spodziewał się takich wydarzeń, jednak najważniejsze jest to, że Lena żyje. Czekam z niecierpliwością, aż się obudzi, aż spojrzy w moje oczy i zapewni, że wszystko z nią w porządku. Dopiero wtedy odetchnę z ulgą i zejdzie ze mnie ten cholerny stres.

Siedzę na fotelu obok łóżka, gapię się w telefon i czytam wiadomość od Connora. Dowiaduję się, że Amanda jest po wstępnym przesłuchaniu, przyznała się do wszystkiego i wyznała, że cały plan był pomysłem Theo. Nie wiem, czy wiedziała, że nie żyje, ale jeśli tak, łatwo zwalić winę na kogoś, kto już się nie obroni. Tak czy siak, grozi jej odsiadka. Należy jej się, może dorośnie. Najwyższy czas.
- Justin - gwałtownie podnoszę głowę i wpatruję się w moją żonę. Wysila się na słaby uśmiech, odkładam telefon i biorę jej drobną dłoń, po czym całuję wierzch. Wygląda na zmarnowaną, a kolor siniaka pod okiem przybrał paskudny, żółto siny odcień. Niech cię szlag, Amy! - Jesteś tutaj.
- Jestem i już zawsze będę, aniołku - przykładam dłoń do jej policzka, głaszczę czule, a ona mruczy pod nosem i mocniej się w nią wtula. Mimo siniaka nadal jest przepiękna - Jak się czujesz?
- Chyba dobrze - porusza ramiona, a grymas bólu wykrzywia jej twarz - Tylko wszystko mnie boli.
- Lekarz powiedział mi, że jesteś poobijana, ale to minie. Lekarze postawią cię na nogi, obiecuję.
- Nic mi nie będzie, nie martw się. Cieszę się, że tutaj jesteś. Tak bardzo za tobą tęskniłam, wiesz?
- Wiem, ja za tobą też. Nie masz pojęcia, jak bardzo. Przysięgam, że już nigdy cię nie opuszczę.
- Podoba mi się ten pomysł - uśmiecha się, a moje biedne serce zaciska niewidzialna pięść. Tak mało brakowało, a być może nie siedziałbym teraz tutaj i nie ściskał jej dłoni. Mógłbym opłakiwać jej stratę, ponieważ po tym chorym skurwielu wszystkiego można było się spodziewać - Co się stało, kiedy Taylor mnie zabrał? Gdzie jest Theo? - wpatruje się we mnie, a ja myślę nad odpowiedzią.
- To nie jest ważne, skarbie. Liczy się to, że jesteś bezpieczna, nie martw się o tego człowieka.
- Proszę, powiedz mi - patrzy na mnie oczami szczeniaka, jednak to fatalny moment na prawdę.
- Porozmawiamy o tym później, dobrze? Jesteś zmęczona, powinnaś odpoczywać. Prześpij się.
- Dopiero się obudziłam, głuptasie - przewraca oczami, uśmiecham się na ten zabawny gest, a moje serce szaleje z radości - Cieszę się, że dobry humor cię nie opuszcza - jak na zawołanie wzdycha ciężko, a ja mam ochotę przywalić sobie w twarz! - Hej, jest po wszystkim. Jesteś bezpieczna, nigdy więcej nie spuszczę z ciebie oka. Jestem idiotą! Jak mogłem tego nie przewiedzieć?
- Nie rozpędzaj się, Justin. Nie pozwalam ci tak myśleć, jasne? To nie jest twoja wina, on to planował od bardzo dawna, rozumiesz? Theo chciał mnie, a Amanda chciała ciebie. To i tak by się stało, nie ważne czy teraz, czy później. Po prostu znaleźli idealną okazję i rozdzielili nas. Stało się i już się nie odstanie. Żyję, walczyłam i dzięki temu mogę ujrzeć twoją piękną twarz. Tylko to jest ważne.
- Boże, aniołku - jej słowa rozpieprzają moje biedne serce. Przytulam się do niej brzucha, Lena wsuwa palce w moje włosy, a jej dotyk mnie uspokaja - Jesteś taka dzielna! Traktowałem cię jak dziecko, taką kruchą istotkę, którą trzeba się opiekować, a ty tak potwornie mnie zaskoczyłaś.
- Trochę więcej wiary we własną żonę, skarbie - podnoszę głowę, a ona uroczo się zawstydza - Wiele razy mówiłam ci, że jestem silniejsza, niż ci się wydaje. Już nie jestem tą zagubioną osiemnastolatką, która dawała się poniewierać i krzywdzić. Kiedy Theo mnie zabrał wiedziałam, że jeśli się poddam, mogę już nigdy więcej cię nie zobaczyć. Cóż innego miałam zrobić? Walczyłam do samego końca, bo tylko to mi pozostało. Poddałam się dopiero wtedy, kiedy Theo wbił nóż w moje udo.
- Jesteś niesamowita, wiesz? Obiecuję ci, że będziesz szczęśliwa, kochanie. Wierzysz mi, prawda?
- Wierzę, ponieważ właśnie w tym momencie jestem szczęśliwa. Siedzisz obok mnie, trzymasz moją dłoń i patrzysz mi w oczy. Jesteś dla mnie najważniejszy na świecie - po tych słowach wszystkie emocje opuszczają moje ciało niczym wartki strumień i nim się orientuję, płaczę jak małe dziecko.