19.07.2016

Epilog

Lena POV:
Wchodzę do firmy i uśmiecham się do ochrony. Sammy, miły, starszy pan salutuje i życzy mi miłego dnia. Wjeżdżam windą na górę, wygładzam niewidzialną fałdkę na czarnej, dopasowanej sukience i zastanawiam się, czy ów dzień faktycznie zaliczę do miłych. Za parę minut czeka na mnie bardzo ważne spotkanie, z firmą, która zaoferowała współpracę. IntelCoreX chce zaopatrzyć swoją firmę w nasze procesory oraz programy, a to przyniesie kolosalne zyski. Mimo tego, iż firma mojego męża jest na szczycie, nie znaczy, że nie może być jeszcze wyżej. Nadal pniemy się w górę.
Wchodzę do biura, odkładam teczkę i włączam komputer. Muszę przygotować się do spotkania i wydrukować potrzebne dokumenty. Moje ręce drżą, pocą się i mam ochotę zabić Justina! Wyjechał na targi do Kanady, a spotkanie z tak ważną firmą zostawił mnie! Kiedy mi o tym powiedział, nie wierzyłam i za nic w świecie się nie zgodziłam. Jaka szkoda, że zawsze musi postawić na swoim, i tak oto mój stres wybija skalę! Wiem, że Justin bardzo we mnie wierzy, wciąż powtarza, jaka jestem zdolna i jest ze mnie dumny. To dlatego od ponad siedmiu lat razem prowadzimy firmę, której jestem współwłaścicielką. Dlatego musiałam dać z siebie wszystko i pozyskać nowego klienta.
- Dzień dobry! - wzdrygam się na radosny głos Glorii, która wchodzi do biura - Kawa, pani prezes? - unosi brew, a ja przewracam oczami. Nienawidzę, kiedy tak do mnie mówi, a ona uwielbia się ze mną droczyć! - Za dziesięć minut powinni być przedstawiciele IntelCoreX, zdążysz wypić.

- W porządku, może mocna kawa uspokoi moje nerwy. Zaprowadź ich proszę do konferencyjnej.
- Się wie - puszcza mi oczko, strzepuje z ramienia niewidzialny pyłek i opuszcza moje biuro.
Piszę szybką wiadomość do Justina, aby trzymał za mnie kciuki i dodaję, że nienawidzę go za to, że wyjechał i zostawił mi na głowie takie zmartwienie. Już wyobrażam sobie jego chytry uśmieszek.

Spotkanie przebiega w przyjemnej, luźnej atmosferze. Trevor Carter i Nico Davos to sympatyczni, młodzi mężczyźni, którzy nie omieszkają od czasu do czasu zerknąć a w mój dekolt. Całe szczęście, że nie ma tutaj mojego męża, inaczej współpraca szybko poszłaby się pieprzyć. Nawet po siedmiu latach potrafi być tak samo zazdrosny, jak na początku naszego związku, chociaż nie daję mu do tego powodów. Jednak Justin to Justin i jak to się mówi; "pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają".
-
Muszę przyznać, że robienie z Panią interesów to czysta przyjemność - Trevor całuje wierzch mojej dłoni, czym robi na mnie pozytywne wrażenie. W tych czasach to raczej wymierający gest - Myślę, że nasza współpraca będzie bardzo owocna. Proszę przekazać mężowi pozdrowienia.
- Oczywiście. Zrobię to po jego powrocie z Kanady. Proszę tędy - otwieram drzwi, opuszczamy salę konferencyjną i zatrzymujemy się przy ścianie z windami - W razie jakichkolwiek pytań proszę śmiało dzwonić. Jestem pewna, że mój mąż odpowie na każde z nich. Miło było Panów poznać.
- Cała przyjemność po naszej stronie. Na pewno jeszcze się zobaczymy, Pani Cross. Do zobaczenia.
- Do widzenia - oddycham z ulgą, kiedy drzwi windy zamykają się, a mężczyźni znikają z zasięgu mojego wzroku. Dopiero teraz oddycham z ulgą i spoglądam na Glorię - To było niezręczne.
- To mało powiedziane! Widziałaś ich? Ten wysoki i przystojniejszy pożerał cię wzrokiem.
- Więc lepiej dla niego, że nie było tutaj Justina. Zabiłby ich samym spojrzeniem - chichoczemy jak nastolatki, a Gloria wznosi oczy ku górze - Okej, uciekam, bo czeka mnie jeszcze sporo spraw.
- Nie ma sprawy, zajmę się resztą. Szef będzie dumny! Ma Pani za sobą pierwszą transakcję.
- Przestań się ze mną droczyć, wariatko - przewraca oczami, cmokam ją w policzek, a Gloria patrzy na mnie zdziwiona - Dziękuję ci za pomoc, bez ciebie nie dałabym sobie rady. Jesteś kochana.
- Cała przyjemność po mojej stronie. Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć, Pani prezes.
- Okej, nawet nie zaczynaj - wystawiam palec na znak groźby, a Gloria wybucha śmiechem.

Dochodzi południe, a ja już jestem zmęczona. Czasu jest mało, Justin wraca o czternastej i muszę wykrzesać z siebie maksimum. Mam dla niego niespodziankę i zżera mnie ciekawość, czy coś podejrzewa. Dzisiaj wielki dzień, bo mamy co świętować. Pozyskałam nowego, zajebistego klienta i w dodatku od A do Z zrobiłam to sama! Poza tym dzisiaj są trzydzieste trzecie urodziny mojego kochanego męża, a ja zaplanowałam przyjęcie-niespodziankę, które odbędzie się w naszym ogrodzie. Mam z nim cudowne wspomnienia i cieszę się, że przekonałam go, abyśmy w nim zostali. Justin chciał kupić nowy dom, większy, bardziej wypasiony, ale nie zgodziłam się na to. Przecież w tym domu działa się magia i nie wyobrażałam sobie, żebym mogła zamieszkać gdziekolwiek indziej. Ustąpił i przyznał mi rację. Bywały momenty, w których był uległy jak baranek.

Parkuję przed domem mamy, wysiadam z samochodu i kieruję się do domu. Idę wzdłuż ozdobionej kwiatami alejki, unoszę głowę i spoglądam w niebo. Pogoda jest wspaniała, świeci słońce i nie ma grama wiatru. Liczę na to, że nagle nie spadnie deszcz i nie zepsuje długo planowanej niespodzianki.
- Mama! - uśmiecham się szeroko, kiedy ze środka niczym z procy wyskakuje Alex. Biegnie w moją stronę, kucam i pozwalam, aby wpadł w moje ramiona. Tulę go do siebie, głaszczę po pleckach i myślę, gdzie uciekł ten czas, skoro skończył już pięć lat - Wiesz, że babcia zabrała nas na lody?
- Och, naprawdę? A wiesz, że twoje gardło po paskudnej grypie nie doszło jeszcze do siebie?
- Wiem, ale babcia mówiła, że lody nie zaszkodzą, a wręcz pomogą na bolące gardło. Serio!
- To ciekawe, synku. Jaka szkoda, że mnie nie leczyła w ten sposób - burczę pod nosem, a Alex chichocze. Wchodzimy do domu, a w moje nozdrza natychmiast uderza zapach jabłek z cynamonem.
- Jesteśmy w kuchni! - Alex pociąga mnie za rękę i prowadzi do królestwa mojej mamy.
- Ależ pięknie pachnie! - zaciągam się zapachem, całuję mamę i skubię trochę ciasta.
- Hola, to dla twojego męża - karci mnie spojrzeniem i wystawia palec - Jak poszło spotkanie?
- Wspaniale. Mam ich w garści, podpisali umowę i niebawem wyciągnę od nich gruby szmal.
- Świetna wiadomość! Więc dochodzi kolejna rzecz do świętowania, Justin będzie szczęśliwy.
- Właśnie taką mam nadzieję. Liczę na to, że o niczym nie zapomniałam - podchodzę do blatu, na którym stoi fotelik i uśmiecham się do maleńkiej, ślicznej dziewczynki - Była grzeczna?
- Oczywiście, tylko ząbkowanie nie daje jej spokoju, co strasznie ją irytuje. Posmarowałam jej dziąsła tą maścią, którą zostawiłaś i było odrobinę lepiej. Spała dzisiaj prawie trzy godziny!
- Dziękuję, mamo. Bez ciebie bym sobie nie poradziła - całuję ją w policzek i ponownie kradnę trochę ciasta - No dobrze, zbieramy manatki i uciekamy. Trzeba się przygotować na powrót taty.
- Przyjedziemy z ojcem trochę wcześniej, pomogę ci ze wszystkim. Musi być idealnie.
- Stanowczo za bardzo rozpieszczasz swojego zięcia - przewracam oczami, a mama chichocze.

Kiedy tylko przekraczam próg naszego domu, Mia daje o sobie znać. Wybucha płaczem, przeciera oczka małymi piąstkami i żali się na cały, okrutny świat. Przytulam ją do siebie, kołyszę i próbuję uspokoić. Ząbkowanie to paskudna sprawa i chociaż wiem, że tak musi być, jest mi jest potwornie żal. Ma zaledwie osiem miesięcy, więc jeszcze sporo przed nami. Musi sobie z tym poradzić.
- Mamooooo, w przedszkolu będzie wycieczka do zoo, jutro jest zebranie. Przyjdziesz, prawda?
- Oczywiście, że przyjdę syneczku - czochram jego włoski i napawam się widokiem kopii Justina. To niesamowite, że jest do niego tak podobny! Nigdy nie zapomnę jego miny, kiedy powiedziałam mu o ciąży. Był lekko przerażony, ale przyjął to na klatę jak prawdziwy facet. Kochał mnie z całego serca i oznajmił, że zrobi mi tyle dzieci, ile tylko będę chciała. Cóż, byliśmy jeszcze młodzi, a na razie zatrzymaliśmy się na naszej cudownej dwójce. Justin był wspaniałym ojcem i nie mogłam napatrzeć się, kiedy tulił do siebie maleńką Mię i grał w piłkę z Alexem. Idealnie odnalazł się w tej roli - No dobrze, tata wraca za godzinę, więc trzeba przygotować się do przyjęcia. Idziemy? - Alex przytakuje głową, przeskakuje po dwa schodki na górę, a ja człapię za nim razem z Mią w ramionach. Na szczęście uspokoiła się i skupia uwagę na moim srebrnym łańcuszku z serduszkiem. 




Cross POV:

Wysiadam z samolotu i przeciągam się leniwie. Rozglądam się po płycie lotniska, schodzę ze schodów i kieruję się w stronę zaparkowanego nieopodal czarnego mercedesa. Wsiadam do środka, witam się z Taylorem i ruszamy do domu. Konferencja w Kanadzie trwała koszmarne, długie pięć dni, a to stanowczo za długo na rozłąkę z rodziną. Stęskniłem się za moją ukochaną żoną i dzieciakami. Nigdy nie opuszczałem ich na tak długi czas i ciężko było mi przyzwyczaić się do tej dziwnej ciszy w hotelu. Odkąd urodził się Alex mogłem pomarzyć o odrobinie odpoczynku. Ten dzieciak to wulkan energii i kiedy tylko wracam do domu wpada w moje ramiona i natychmiast zapominam o ciężkim dniu. I kiedy podrósł na tyle, że wreszcie mogłem się swobodnie wyspać, na świecie pojawiła się Mia. Cały proces zaczął się od nowa, jednak nie zamieniłbym tego za nic w świecie! Boże, kochałem moją rodzinę ponad wszystko! Lena od samego początku zawładnęła moim światem, wstrząsnęła nim i wywróciła do góry nogami. Wyszła za mnie, kochała mnie i w dodatku urodziła mi dwójkę, niesamowitych dzieci. Czego chcieć więcej? Byłem szczęśliwy i spełniony. 


Taylor parkuje pod domem, ściskam jego dłoń i po chwili wchodzę do domu. Nareszcie!
- Tata, tata, tata! - Alex krzyczy radośnie, kiedy tylko przekraczam próg i wtula się we mnie mocno. Unoszę go, okręcam dookoła i całuję w czoło - Nareszcie jesteś! Nie zostawiaj nas więcej na tak długo, okej? - odchyla głowę, patrzy na mnie spod byka i mruży oczy. Ups, nabroiłem! 

- Obiecuję, syneczku! To się więcej nie powtórzy - mrugam okiem, stawiam go na podłodze i zdejmuję marynarkę. Kiedy wchodzę do salonu zastaję w nim moją żonę, która wygląda obłędnie! Cholera, co za laska! - Hej, kochanie - mój uśmiech jest ogromny, oblizuję usta i wręcz nie mogę oderwać od niej wzroku - Jestem zaskoczony takim powitaniem, ale nie śmiem narzekać. Wyglądasz przepięknie - przytulam ją do siebie, zarzuca dłonie na moją szyję i całują ją - Tęskniłem.
- Wiem, ja również - szepcze seksownie wprost do mojego ucha, a jej oddech odbija się od skóry.
- Mam nadzieję, że pokażesz mi, jak bardzo tęskniłaś za swoim mężem. Wariowałem bez ciebie.
- Naprawdę? - uśmiecha się chytrze i pociera nosem o mój - Podobało ci się zdjęcie, które dostałeś?
- Co to za pytanie, hmm? - ściskam jej seksowne pośladki, przyciągam do siebie, a jej widok rozpala we mnie podniecenie. Prawie dostałem zawału, kiedy wczorajszego wieczora dostałem od niej mms'a. Gapiłem się w wyświetlacz jak zahipnotyzowany, śledziłem każdy detal jej idealnego ciała odzianego jedynie w seksowną, czarną bieliznę i miałem wrażenie, że dojdę na sam jej widok. Cwana bestia! Wiedziała, co ze mną zrobić - Miałem ochotę wsiąść w samolot, wrócić i przelecieć cię tak, aż nie mogłabyś chodzić - wsuwam dłoń pod jej krótką, czerwoną sukienkę, a drugą ściskam pierś. Przelotnie zerkam na Alexa, który ogląda swoją ulubioną bajkę, a Mia przysypia w kojcu - Nie masz pojęcia, jak ogromną mam na ciebie ochotę - oblizuje usta, czym doprowadza mnie do szaleństwa!
- Przypominam ci, że tuż obok są nasze dzieci - sunie opuszką palca po moim torsie i ściska sutek przez materiał koszuli. Kurwa mać, zaraz wybuchnę! - Poza tym mam dla ciebie niespodziankę.
- Niespodziankę? Zaskakujesz - porusza brwiami, całuję jej słodkie usta i niechętnie się od niej odklejam - Więc pójdę wziąć prysznic i przebrać się. A! Wiedz, że jestem z ciebie cholernie dumny, aniołku. Odwaliłaś kawał dobrej roboty. Mam najcudowniejszą żonę na całe kuli ziemskiej. Jesteś idealna - wbija zęby w wargę i patrzy na mnie z tym błyskiem rozczulenia w oczach. Właśnie dlatego tak bardzo ją uwielbiam. Mimo tego całego gówna, które musiała przejść w swoim życiu, nie poddała się i jesteśmy dzisiaj w tym miejscu. Razem z naszymi dziećmi. Przysięgam, że nie spotkało mnie w życiu nic piękniejszego - Zaraz wracam - całuję ją w czoło, podchodzę do kojca i spoglądam na moją maleńką dziewczynkę. Jest taka urocza, a moja miłość do niej jest przeogromna. Wprowadziła w nasze życie tyle radośni i idealnie je uzupełniła. Zdecydowanie chcę mieć więcej dzieci.


Dwadzieścia minut później schodzę na dół. Wykąpany, przebrany w świeżą, białą koszulę i czarne, eleganckie spodnie. wyczuwam nosem, że coś się święci, jednak nie mam bladego pojęcia, cóż to takiego. Lena odstrzeliła się w seksowną sukienkę, Alex również wyglądał inaczej, niż na co dzień, więc moja żona miała plan. Szukam jej wzrokiem, rozglądam się, jednak w salonie nie ma żywej duszy. Jest też podejrzanie cicho, a odkąd są dzieciaki, u nas nigdy nie bywa tak cicho!
- Kochanie, gdzie jesteś?! - wołam ją, odwracam się w stronę wejścia do ogrodu i zamieram. Widzę przez szybę coś, co mnie szokuje, rozsuwam drzwi, a w moje uszy wdziera się radosny wrzask.
- WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!!!!!!! - zebrani biją brawo, wypuszczą konfetti i klaszczą.
- O rany - drapię się kark, ale naprawdę jestem w szoku! Wszyscy tulą mnie do siebie, składają życzenia i wręczają mnóstwo prezentów. Nie sądziłem, że Lena wpadnie na tak zwariowany pomysł.
- Wszystkiego najlepszego, mężu - podchodzi do mnie i całuje czule - Oto twoja niespodzianka.
- Jesteś szalona, wiesz? Kocham to w tobie - wsuwam palce w jej włosy i całuję mocno, zachłannie, namiętnie. Niestety jest to krótki pocałunek, ponieważ goście patrzą wprost na nas - Dziękuję wam wszystkim za przybycie. Nie ukrywam, jestem zaskoczony, ale bardzo szczęśliwy - rozglądam się po zebranych i wyłapuję moich rodziców, rodziców Leny, moich znajomych - To naprawdę cudowna niespodzianka i cieszę się, że mogę spędzić swoje urodziny właśnie z wami - rozlegają się głośne brawa, a Paul gwiżdże jak nastolatek. Spoglądam na Karen, która puszcza mi oczko i tuli w ramionach ich syna, który przyszedł na świat zaledwie dwa miesiące temu. Pobrali się trzy lata po naszym ślubie, co cieszyło zarówno mnie, jak i Lenę. Wszystko układało się wspaniale i w spokoju mogłem cieszyć się rodziną. Amanda odsiedziała swoje dwa i pół roku, nie miałem z nią żadnego kontaktu jedynie doszły mnie słuchy, że jej ojciec porządnie się wkurwił i chociaż była dorosła, ponoć surowo ją za to ukarał - Och, a kto to? - moje rozmyślenia przerywa moja mama, która podaje mi Mię - Moja maleńka, urocza, ząbkująca dziewczynka - unoszę ją do góry, śmieje się głośno i próbuje dosięgnąć mojego nosa - Chodź, skarbie. Zjedzmy coś wreszcie - biorę Lenę za rękę, wszyscy siadamy przy stole, a głośne rozmowy wprowadzą luźny, rodzinny klimat. Sadzam Mię na kolanach, Paul podaje mi butelkę piwa i wystawia kciuk ku górze. Właśnie tak wygląda szczęśliwe życie. Z przyjaciółmi, rodziną, moją cudowną żoną i dziećmi. Nic więcej mi nie potrzeba. 







K  O  N  I  E  C 




**********************************************************

Hello! :)

No i dzisiaj  przyszedł czas na pożegnanie :)
Miałam mnóstwo wątpliwości odnośnie tego opowiadania. W sumie zawsze mam, ale to było 18+ i moje obawy były ogromne! Cieszę się jednak, że wam się spodobało i byłyście ze mną przez te wszystkie rozdziały. Chwile lepsze i te gorsze. Jestem mega szczęśliwa, że mam takich wspaniałych czytelników i wciąż dziwię się, że nie macie mnie jeszcze dość, hahaha :D

Dziękuję, dziękuję, dziękuję! ♥

Więc... wychodzi na to, że teraz zostajemy już tylko z SAUS :)


Buuzia!
Kasia

12.07.2016

Rozdział 44

Cross POV:
Budzi mnie dziwny hałas. Jakby kwilenie, ciężki i głośny oddech. A może po prostu mi się to śni?
- Proszę - dobiega mnie cichy szept, uchylam powieki, mrugam kilka razy i wreszcie się rozbudzam. Ziewam przeciągle, siadam i orientuję się, że nadal jestem w szpitalnej sali - Z-zostaw mnie, to boli.
- Lena - zrywam się na równe nogi, siadam na brzegu łóżka i przykładam dłoń do jej policzka. Jest rozpalona, spocona i mówi przez sen. Jej oddech wręcz szaleje, a łzy cieką po policzkach - Obudź się, kochanie - ostrożnie poklepuję jej policzek, zaczynam panikować, bo kompletnie nie reaguje. Zaciska dłonie na pościeli, wierci się i naprawdę musi śnić o czymś strasznym - No dalej - potrząsam jej ciałem, budzi się natychmiast i patrzy na mnie zszokowana. Jej oczy są wielkie jak spodki, wstrzymuje oddech i zamiera. Jasna cholera! Nigdy wcześniej nie byłem w takiej sytuacji, nie wiem, co mam robić, jednak muszę ją uspokoić - Jestem przy tobie, aniołku. To był tylko zły sen - przytulam ją do swojego ciała, kołyszę na boki, a ona szlocha głośno, drży i wczepia się we mnie jak rzep - Ciii, jest po wszystkim. Jesteś bezpieczna, nikt nigdy cię już nie skrzywdzi. Przysięgam.
- B-boję się - szepcze przez płacz, a moje serce się zaciska. Wydaje mi się, że pierwszy szok po porwaniu minął i dopiero teraz dociera do niej to, co się wydarzyło. Tak swobodnie rozmawiała ze mną, kiedy się obudziła. Miałem nadzieję, że zniosła to całkiem dobrze, jednak Lena jest krucha.
- Nie bój się, nie ma czego - odchylam jej głowę, ocieram łzy i całuję w czoło - Jego już nie ma.
- W-wróci po mnie, zabierze znowu - co takiego?! Marszczę brwi i patrzę na nią zdezorientowany.
- Nic takiego nie będzie miało miejsca, rozumiesz? - ujmuję w dłonie jej twarz, nasze nosy dzielą milimetry i dopiero teraz nieco się uspokaja - On nigdy więcej nie pojawi się w twoim życiu.
- On zawsze będzie już w moim życiu. Jest moim najgorszym koszmarem, nienawidzę go.
- To nieprawda. Tym razem zniknął na zawsze, nie zobaczysz go już. Twoje rany się zagoją, zabiorę cię do domu i wszystko będzie jak dawniej. Znowu będziemy bardzo szczęśliwi. Obiecuję.
- C-co masz na myśli, że zniknął na zawsze? Gdzie on jest, Justin? Siedzi w więzieniu?
- Kochanie, dochodzi trzecia rano. Spróbuj jeszcze zasnąć, dobrze? Będę przy tobie, nie bój się.
- Nie zrobię tego, dopóki nie dowiem się, gdzie jest Theo - zaciska szczękę i wiem, że nie wygram.
- Tak, Theo jest w więzieniu - nie mówię prawy, jednak nie jestem pewny, jak by ją przyjęła.
- Miał przy sobie nóż, widziałam to. Nie zrobił nic głupiego, prawda? Nie pozwolili mu na to?
- Nie, nie pozwolili. Theo jest zamknięty, a teraz śpij - przytulam ją do siebie i głaszczę po włosach.
- Nie zostawiaj mnie samej, dobrze? - kurwa! Jej słowa oraz strach ranią mnie jak nic innego!
- Nie zostawię cię, kotku. Będę tutaj z tobą przez cały czas, możesz spać spokojnie.
- Dziękuję - wtula głowę w zagłębienie mojej szyi i całuje czule - Bardzo cię kocham, Justin.
- A ja kocham ciebie. Najmocniej na świecie, nigdy o tym nie zapominaj.


O dziewiątej Lenę odwiedza lekarz. Kręci głową i długo wpisuje coś w jej kartę. Niecierpliwię się, a po wyrazie jego twarzy widzę, że coś musi być na rzeczy. Zleca podanie kolejnej kroplówki i leków.
- Pani Lena gorączkuje. Niepokoi mnie rana, ponieważ jest zaczerwieniona, lekka opuchnięta, a to wskazuje na infekcję. Będziemy podawać kroplówki na wzmocnienie i leki. Musimy dać pacjentce trochę czasu, będziemy działać i obserwować. Na razie to wszystko, co możemy zrobić.
- Dziękuję, Panie doktorze - mężczyzna posyła mi niepewny uśmiech i opuszcza salę. Przysiadam obok łóżka, wpatruję się w jej spokojną twarz i nasłuchuję miarowego oddechu. Śpi i wygląda jak słodki aniołek - Musisz być dzielna, skarbie, wiesz? - szepczę cichutko, ledwo słyszalnie i ostrożnie biorę jej dłoń - Jesteś bardzo silna, a ja jestem z ciebie taki dumny - muszę przełknąć ślinę i łzy, które zbierają się pod powiekami - Walczyłaś z tym złamasem, poradziłaś sobie i teraz też to zrobisz. Dla siebie, dla mnie, dla nas. Przysięgam, że wszystko będzie dobrze. Tylko się nie poddawaj.
- Justin? - mój monolog przerywa wchodzący do środka Olivier. Zostawiam Lenę, podchodzę do niego i ściskam jego dłoń - Przyszedłem tylko na chwilę, nie chcę przeszkadzać. Jak ona się czuje?
- Gorączkuje, do rany wdała się jakaś infekcja, jednak lekarze mają na nią oko i podają leki.
- Wierzę w nią, to dzielna dziewczyna. Chciałem cię przeprosić - wzdycha ciężko, wsuwa palce we włosy i widzę, jak bardzo jest na siebie wściekły - Nawaliłem, a miałem ją chronić kosztem własnego życia. Przysięgam, robiłem to, byłem czujny. Chodziłem za nią jak cień, czekałem pod firmą aż skończy pracę, a tu nagle wszystko się spierdoliło - zrezygnowany kręci głową, wpatruje się w Lenę i zwija dłonie w pięści - Poszedłem tylko po kawę, a kiedy wracałem z kawiarni ktoś zaszedł mnie od tyłu i po prostu walnął w łeb. Straciłem przytomność, a potem wszystko pamiętam jak przez mgłę. Odzyskiwałem świadomość, traciłem ją i tak w kółko. Nie kontaktowałem i nie miałem pojęcia, co się tak naprawdę dzieje - przekręca głowę, patrzy mi w oczy i dostrzegam w nich poczucie winy - Nigdy, odkąd pracuję w ochronie nie przydarzyło mi się coś podobnego. Dawałem z siebie wszystko, chroniłem wiele osób, a oni obdarzyli mnie zaufaniem. Nie wybaczę sobie, że ona leży tutaj przeze mnie. To moja wina, tak łatwo dałem się podejść. Wyrzuty sumienia zżerają mnie od środka.
- No już, uspokój się - układam dłoń na jego ramieniu i ściskam mocno - Nie winię cię za to, co się stało - marszczy brwi i patrzy na mnie jak na wariata - Theo i Amanda planowali to od bardzo dawna, tak czy siak doszłoby do tego, a ty nic nie mógłbyś zrobić. Nikt się tego nie spodziewał, uderzyli z zaskoczenia. Sam mogłem domyślić się, że coś nie gra, ale ani Amy, ani Theo nie odezwali się do nas przez dobry miesiąc. To był plan idealny, zrealizowany w odpowiednim momencie.
- Niech ich szlag! Żałuję, że ten pojeb się zabił, powinien zgnić w najgorszym możliwym więzieniu.
- W tej kwestii się z tobą zgodzę, ale jest po wszystkim. Jego już nie ma, a Amy jest w areszcie.
- Całe szczęście. Mam nadzieję, że Lena dojdzie do siebie i ta sytuacja nie odbije się na jej psychice.
- Zatrudnię najlepszych lekarzy na świecie, aby postawili ją na nogi. Zapewniam cię.

Popołudniu ponownie w odwiedziny wpadają moi rodzice, rodzeństwo oraz rodzice Leny. Dopytują o stan zdrowia mojej żony, więc opowiadam w skrócie o wizycie lekarza i jego rokowaniach.
- Niedawno podali jej antybiotyk na infekcję rany. Lekarz zapewnił, że będzie dobrze tylko potrzeba na to trochę więcej czasu. Poza tym Lena jest obolała, więc musi sporo odpoczywać.
- Wiedziałam, że pojawienie się Theo sprowadzi na Lenę kłopoty. Ten człowiek to wcielenie zła.
- Kochanie, uspokój się - tata Leny kręci głową i kładzie dłoń na ramieniu żony - Jego już nie ma.
- A szkoda. Powinien cierpieć za to, co zrobił, a on wybrał najłatwiejszą drogę i po prostu się zabił.
- Nasze dziecko będzie bezpieczne, już nigdy więcej jej nie dotknie. O tym powinnaś teraz myśleć.
- Boże, moja mała córeczka - zakrywa twarz rękami i wybucha rzewnym płaczem. Poczucie winy uderza we mnie niczym tona cegieł, czuję się potwornie i gdybym nie wyjechał, może nic by się kurwa nie wydarzyło! - W przeszłości tyle przez niego wycierpiała, zgwałcił ją, poniewierał, bił i jak gdyby nigdy nic ponownie wrócił do jej życia. To diabeł. Gdyby żył, sama bym go zabiła.
- Już dobrze. Wyjedziemy na chwilę - kiwa do mnie głową, obejmuje żonę i opuszczają salę.
Zapada cisza, oddycham głęboko i siadam na brzegu łóżka. Biorę jej ciepłą dłoń, całuję wierzch uważając na wbity wenflon. Śpi spokojnie wtulona w poduszkę, jej usta są lekko rozchylone, a oddech miarowy. Niczego bardziej nie pragnę, jak tego, aby już mogła wyjść do domu i wróciła do zdrowia. Wydobrzała, zapomniała o tym koszmarze i ponownie zaczęła żyć pełnią życia, zanim znowu pojawił się Theo. Wierzę, że uda nam się odbudować chwilowo utracone szczęście.

Wieczorem, kiedy skupiam uwagę na laptopie i sprawdzam, co w firmie, Lena się budzi. Ziewa słodko, porusza ramionami i rozgląda się po pokoju. Wyłapuje moje spojrzenie i oddycha z ulgą.
- Hej - uśmiecha się lekko, przeciera oczy palcami i wystawia dłoń, abym do niej podszedł.
- Hej, śliczna - odkładam laptop, podnoszę tyłek z fotela i siadam na łóżku - Jak się czujesz?
- Całkiem dobrze - krzywi się nieco, kiedy unosi ręce do góry i przeciąga się - Nadal jestem obolała.
- To normalne, daj sobie trochę więcej czasu. Musisz odpoczywać, aby całkowicie dojść do siebie.
- Nie mogę się tego doczekać - chichocze uroczo i bawi się moimi palcami - Wiesz, jestem głodna.
- Naprawdę? - unoszę brew, a Lena karci mnie spojrzeniem - Cieszy mnie to. Już coś organizuję.
- Mam nadzieję, że to będzie coś normalnego i smacznego. Nie tknę niczego rozgotowanego. Fuj.
- Postaram się, aby ci smakowało - mrugam okiem, wyjmuję telefon i dzwonię pod odpowiedni numer. Szybko składam zamówienie w mojej ulubionej restauracji z dowozem na miejsce - Gotowe!
- Dziękuję, jesteś kochany - robi dzióbek z ust i nadstawia je do pocałunku. Pochylam się i posłusznie składam na nich czułego buziaka - Co z moją nogą? - odkrywa kołdrę i patrzy na opatrunek.
- Goi się, nie ma powodu do obaw. Miałaś dość wysoką gorączkę, ale w ranę wdała się infekcja. Lekarze czuwali, podwali ci leki oraz kroplówki. Jesteś w najlepszych rękach, kochanie.
- Nie powinno mnie to dziwić, cały ty! - uśmiecha się i ściska moją dłoń - Co z Amandą?
- Lena - masuję skronie, a jej pytania mnie niepokoją. Mam świadomość, że będę musiał powiedzieć jej prawdę o Theo, ponieważ nie chcę tego przed nią ukrywać - Jest w areszcie i szybko nie wyjdzie.
- Wciąż nie wierzę, że pomogła Theo w jego chorym planie. Ma na twoim punkcie obsesję.
- To już nie ma żadnego znaczenia, liczysz się tylko ty. Amanda poniesie karę za to, co zrobiła.
- I dobrze. Theo popełnił błąd i ponownie wylądował za kratkami. Niedawno stamtąd wyszedł.

- Właściwie nie trafił za kratki - biorę głęboki oddech i przygotowuję się na to, aby powiedzieć ukochanej kobiecie, że jej psychiczny ex sam wymierzył sobie karę - Nie chciałem cię denerwować, dlatego nie powiedziałem ci prawdy - marszczy brwi, patrzy na mnie zdezorientowana jednak nie wie, co chcę powiedzieć - Byłaś zmęczona, osłabiona. Nie gniewaj się na mnie, dobrze?
- Nie gniewam się na ciebie, Justin. Proszę, powiedz mi, co się wydarzyło wtedy w jego domu.
- Theo się zabił - kiedy wypowiadam te słowa, Lena przykłada dłoń do ust, a jej oczy są wielkie jak spodki. Jest w szoku i właśnie tego chciałem jej oszczędzić - 
Kiedy Taylor zabrał Cię do samochodu, zostałem z Theo i policją. Mówił, że woli się zabić, niż wrócić do więzienia. Próbowałem przekonać go, aby zachował się jak mężczyzna i wziął odpowiedzialność za to, co zrobił, bo zrobił coś, czego nigdy nie powinien. Policja nie zdążyła zareagować, a on wbił nóż w swoje serce. Sam siebie ukarał.

- Boże - szepcze cicho i zamyka oczy - Więc zabił się przeze mnie? Chciał być tylko ze mną, on, on...
- Nie rób tego! - mój głos brzmi ostrzej, niż zamierzałem i karcę się za to w myślach - Spójrz na mnie, Lena - podsuwam palce pod jej brodę, opiera się, jednak w końcu podnosi głowę i patrzy mi w oczy - Ani mi się waż, zrozumiałaś? - posyłam jej surowe spojrzenie, ale musi coś zrozumieć - Nie ponosisz odpowiedzialność za to, że Theo odebrał sobie życie. Oboje wiemy, że działo się z nim coś dziwnego i miał na twoim punkcie obsesję. To nie twoja wina, skarbie. Porwał cię, zranił i Bóg wie, co by jeszcze zrobił, gdybym nie zdążył - wzdryga się na samą myśl, przytulam ją do siebie i głaszczę po plecach. Chcę dać jej tyle wsparcia ile tylko zdołam - Przykro mi, że tak się stało, chociaż wcale nie jest mi go żal. Zasłużył na karę, a skoro nie chciał trafić z powrotem za kratki, sam wybrał coś o wiele gorszego - Lena kiwa głową, wtula się w moje ciało i opiera brodę na moim ramieniu. Drży, a ja jestem wściekły, że płacze za tym złamasem. Mimo wszystko nie komentuję tego, ani nie robię jej wyrzutów. Widocznie tego właśnie potrzebuje, wyrzucić z siebie wszelkie emocje związane z Theo, aby móc ruszyć dalej i zapomnieć o nim - Jestem przy tobie, aniołku.



***
Lena opuściła szpital trzy tygodnie później. Jej stan psychiczny pozostawiał wiele do życzenia, lekarz zaproponował terapię u psychologa, więc znalazłem najlepszego. Odwiedzał ją w domu, dużo rozmawiali, otworzyła się i wyrzucała z siebie wszystko jak z karabinu, jakby chciała mieć to szybko za sobą. Bywały dni, kiedy podczas wizyt płakała, innym razem była wściekła, a jeszcze kiedy indziej przeklinała Theo. Jednak przede wszystkim zaczynała być sobą. Z każdym mijającym dniem wracał jej dobry humor oraz uśmiech, za którym tak bardzo tęskniłem. Moje serce zaciskało się ze szczęścia, kiedy chichotała z Karen po jej opowieściach o nowej sąsiadce, która ma trzynaście kotów! Jej przyjaciółka narzekała, że nie przestają miauczeć, co doprowadzało ją do granicy wytrzymałości. Niby banalny temat, a moja ukochana żona nie mogła przestać się śmiać. Wymyśliły chyba milion sposobów na to, jak pozbyć się kotów, a potem doszły do wniosku, że kotki są urocze i nie można robić im krzywdy. Słuchając tego wciąż przewracałem oczami, a Paul wzdychał ciężko. Kobiety i ich humorki. W jednej chwili planują morderstwo, a w drugiej przytulają nas do piersi.
Rana na udzie również ładnie się goiła. Dokuczał jej ból, nie mogła nadwyrężać nogi, więc sporo leżała, co oczywiście doprowadzało ją do szaleństwa. Lena nie usiedzi na tyłku zbyt długo, więc musiałem stawać na głowie, aby odpowiednio zając jej czas. Obejrzeliśmy chyba z czterdzieści seriali, na których śmiała się, płakała albo przeklinała. Wiele razy nosiłem ją na rękach, spacerując po ogrodzie ciesząc się piękną pogodą. Jej powrót do zdrowia cieszył mnie jak nic innego, a jej szeroki uśmiech wynagradzał mi wiele bezsennych nocy oraz całkowite zaniedbanie pracy. To nie do pomyślenia, ale przez prawie dwa miesiące zajrzałem tam jedynie trzy razy. Czasami miałem o to do siebie żal, jednak widok przestraszonej, zapłakanej Leny po kolejnym koszmarze szybko rozmywał wizję siedzenia w biurze. Ona była dla mnie najważniejsza, a firmę zostawiłem w rękach Ryana i Chaza, którzy jak zawsze świetnie sobie radzili. Odwalali kawał niesamowicie dobrej roboty.

Sprawdzam najnowsze zamówienie dla LogiMaster, a do mojego domowego biura wchodzi Lena. Podnoszę głowę, oblizuję usta i podziwiam jej krótką koszulkę oraz białe spodenki. Wygląda bardzo seksownie, a muszę zaznaczyć, że nasze życie seksualne zostało ograniczone do minimum. Lena była zbyt obolała, przygnębiona i smutna, aby myśleć o seksie. Nie miałem zamiaru jej tym zadręczać, jednak teraz, kiedy doszła do siebie wizja jej w łóżku prześladowała mnie niemal non stop.
- Dlaczego tak na mnie patrzysz? - zawstydza się, bawi palcami i wbija zęby w wargę. Staram się ignorować bliznę na jej udzie, która już się wygoiła, ale zawsze będzie przypominać mi o Theo.
- Patrzę, ponieważ mam najpiękniejszą żonę na świecie - mrugam okiem, wyciągam dłoń, a Lena podchodzi i siada na moich kolanach - Jak się czujesz, kochanie? Potrzebujesz czegoś?
- Nie, wszystko jest w porządku. Czuję się dzisiaj cudownie, nic mnie nie boli i jestem pełna energii - sunie opuszką palca po moim ramieniu, śledzi jego ruch, a jej policzki pokrywają urocze rumieńce. Coś się kroi - A skoro moje samopoczucie jest tak dobre, może masz ochotę, no wiesz...
- Mam rozumieć, że moja żona ma ochotę na seks, ale nie wie, jak mi to powiedzieć? - unoszę brew, a Lena robi się czerwona jak burak! Nie łapię tego, przecież jest moją żoną! - Jesteś pewna, że czujesz się na siłach? Nie mam zamiaru zrobić ci tym krzywdy, wiesz? - przytakuje głową, pochyla się i zaskakuje mnie zachłannym, mocnym pocałunkiem, który działa na mnie niemal natychmiast. Nie przerywając tej pieszczoty unoszę ją, zanoszę do naszej sypialni i układam w łóżku - Skoro moja żona chce seksu, zaraz go dostanie - przygryzam jej wargę, uśmiecham się, a ona nagradza mnie seksownym jak diabli jękiem. Ależ mi tego brakowało! - Wiedz, że to będzie super delikatny seks, kochanie. Jeśli masz w głowie jakieś brudne fantazje, radzę ci je stamtąd szybko wyrzucić.
- Przekonajmy się, czy taki będzie - wsuwa dłonie pod mój t-shrit i zdejmuje go jednym ruchem.
- Chcesz być niegrzeczną dziewczynką? - mrużę oczy, Lena niewinnie wzrusza ramionami i odpina guzik w moich jeansach. Zaskakują mnie jej śmiałe ruchy - Kocham cię, jesteś dla mnie wszystkim.
- A ty jesteś wszystkim dla mnie. A teraz przestań mówić, twoja żona jest bardzo spragniona.

- Mówisz masz - wsuwam palce w jej włosy, a w moim sercu roznosi się ciepło. Mój anioł.






******************************************************
Hello! :)
Nie wiem, czy rozdział przypadnie wam do gustu, bo za bardzo nic się w nim nie dzieje.
Musiałam jednak wyjaśnić pewne sprawy, aby wszystko było jasne :)
Dodam tylko, że pozostał już tylko epilog :)

Buuziam!
Kasia




05.07.2016

Rozdział 43

Lena POV:
Siedzę pod drzewem, cala spocona, zmarnowana, zmęczona i wpatruję się w Amy, która zatrzymuje samochód, wychodzi z niego i kręci głową z niedowierzaniem. Dlaczego mam takiego pecha?
- To są chyba jakieś jaja! Jakim cudem uciekłaś, ty mała dziwko? - syczy przez zęby, szarpnięciem stawia mnie na nogi, chociaż są jak z waty - Ten idiota do niczego się nie nadaje! - prycha wkurzona, wlecze mnie do samochodu i wciska na miejsce pasażera - Na nikim już nie można polegać.
- P-proszę, zostaw mnie, pozwól mi odejść - patrzy na mnie jak na wariatkę i uruchamia silnik.
- Możesz o tym jedynie pomarzyć. Nie zepsujesz mojego planu, rozumiesz? Zbyt długo czekałam na to, abyś wreszcie zniknęła, a Theo cię pragnie. Ja chcę jedynie odzyskać Justina i to stanie się jeszcze dzisiaj - posyła mi pewny siebie uśmieszek, wrzuca bieg i rusza do miejsca, które jest piekłem.

Kiedy tylko wchodzimy do domu, w oczy rzuca mi się Theo. Zdążył owinąć ranę bandażem, który i tak przesiąka krwią. Nie sądziłam, że jeden cios potrafi wyrządzić aż tak wielką krzywdę.
- Podejdź do mnie - rozkazuje surowo, zaciska szczękę i patrzy mi prosto w oczy. Za mną stoi Amanda, blokuje wyjście z domu, więc i tak nie mam wyjścia. Ruszam w paszczę lwa, zatrzymuję się przed nim, a jego dłoń ląduje na moim policzku. Cios jest tak potwornie mocny, aż powala mnie na podłogę. Zapowietrzam się, walczę o oddech, a Theo nie poprzestaje na jednym razie. Brutalnie podnosi mnie za włosy, policzkuje po raz drugi, ale nie pozwala upaść. Bezlitośnie wbija palce w moje ramiona, rani skórę, a ja skupiam się na bólu, który falą ciepła rozchodzi się po obu policzkach - Pożałujesz tego, co zrobiłaś - syczy w moją twarz, chwyta nóż i bez wahania wbija go w moje udo. Wrzeszczę, aż zdzieram sobie gardło, przed oczami robi mi się czarno, a ból paraliżuje każdy nerw w moim ciele. Teraz rozumiem jego krzyk, kiedy robiłam mu dokładnie to samo - Prosiłem, abyś była grzeczna, a ty nie posłuchałaś. Dawniej byłaś bardziej posłuszna - ledwo docierają do mnie jego słowa, krztuszę się łzami i gdyby nie wbijał palców w moje ramiona, już dawno leżałabym jak długa. Przechyla głowę wpatruje się w moją wykrzywioną bólem twarz i upaja się tym widokiem - Spójrz na mnie - przenosi dłoń na moją szczękę, zmusza, abym uniosła głowę i nasze oczy się spotykają - Boli, prawda? Bardzo dobrze. Będziesz cierpiała każdego dnia, kochanie. Koniec z litością.
- Theo, nie mamy czasu na pogawędki. Justin na pewno już wrócił, musimy stąd spieprzać.
- Masz rację, zbierajmy się - zmusza mnie do ruchu, ale brak mi sił i potykam się o własne nogi. Theo szarpie mnie w górę, krzyczę z bólu i mam wrażenie, że zaraz zedrze skórę z moich ramion - Musisz sobie poradzić, Lena. Przecież jesteś taka dzielna i odważna - kpi ze mnie, popycha brutalnie, ale to jest ten moment, w którym prawie odlatuję. Osuwam się po ścianie, zamykam oczy, a parzące ciepło rozchodzi się po moim ciele. Czuję nóż tkwiący w moim udzie i myślę, czy przy każdym ruchu nie rozrywa czegoś w środku - To nie czas na odpoczynek. Chciałem byś dla ciebie dobry, ale miałaś to w dupie, więc ja mam w dupie to, że teraz cierpisz - podnosi mnie, wlecze za sobą, aż muszę przytrzymać się jego ramienia. Dlaczego do cholery nie mogę zemdleć, aby nie czuć tego koszmarnego bólu, kompletnie się odciąć? Czy los musi się tak ze mną bawić? - Wsiadaj - Theo otwiera drzwi od czarnego SUV'a, sadza mnie na miejscu pasażera i zapina pasami - Idę po walizki, zaraz wracam - wystawia palec na znak groźby, zamyka drzwi i dodatkowo blokuje zamki.
Jak przez mgłę obserwuję wchodzącego do domu chłopaka, a razem z nim Amandę. Jestem na granicy świadomości, po omacku chwytam za rączkę noża i próbuję wyciągnąć. Niestety nie mam aż tyle siły, krew jest dosłownie wszędzie i brudzi moje spodnie oraz siedzenie. Nie jestem pewna, czy Theo zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji, w jakiej właśnie jestem. Jeśli nie zatamuje krwawienia nigdzie mnie nie wywiezie. No chyba, że zadowoli go moje martw ciało, w co szczerze wątpię.
- Lena! - wzdrygam się, gwałtownie uchylam powieki i przekręcam głowę w stronę bocznej szyby, za którą stoi Justin. To sen? Umieram, a moja podświadomość podsuwa mi jego piękną twarz, aby łatwiej było mi odejść? Jeśli tak, jestem jej za to niezmiernie wdzięczna, bo jego widok natychmiast mnie uspokaja - Kochanie, wytrzymaj - przykłada dłonie do szyby, resztką sił robię to samo i zostawiam na niej czerwone ślady. Łzy ciekną po moich policzkach, wpatruję się w jego piękne, czekoladowe oczy i pragnę poczuć jego ramiona, które mocno mnie do siebie tulą - Proszę, nie płacz. Nie bój się, jestem tutaj - po tych słowach rozlega się huk tłuczonego szkła, marszczę brwi i przekręcam głowę w drugą stronę. Dostrzegam znajomą postać, lecz jestem zbyt słaba, aby ją rozpoznać - Taylor, daj apteczkę. Szybko! - Justin wsiada na miejsce kierowcy, pochyla się nade mną i ogarnia moje mokre włosy - Jestem przy tobie, aniołku. Przysięgam, że wszystko będzie dobrze. Zaufaj mi - całuje moje wyschnięte na wiór usta i dopiero teraz uświadamiam sobie, że on naprawdę tutaj jest. To mi się nie śni, Justin odnalazł mnie, zabierze do domu! - Bądź dzielna - rozrywa materiał jeansów, kręci głową i odbiera małe, czerwone pudełeczko od mężczyzny, który stoi po mojej prawej stronie - Niech to szlag, nie jest dobrze. Nie mogę wyjąć noża, wtedy nie zatamuję krwawienia - wyjmuje bandaż z apteczki, owija moją nogę powyżej rany i tamuje wypływającą krew - To musi na razie wystarczyć. Jedziemy do szpitala - opuszcza samochód, podchodzi z mojej strony i bierze mnie na ręce. Jęczę z bólu, który przepływa przez moje ciało niczym prąd. Twarz, plecy oraz żebra po uderzeniach Amandy dają mi niesamowicie w kość - Przepraszam, kochanie. Nie chciałem.
- Zostaw ją! - wzdrygam się na surowy głos Theo. Moja głowa bezwładnie opada do tyłu, ale brak mi już sił, aby utrzymać ją w pionie. Niech się dzieje, co chce - Ona należy do mnie. Zawsze należała!
- Czy ty się słyszysz, człowieku? Lena to moja żona, idioto! Naprawdę sądzisz, że należy do ciebie?! Jesteś szurnięty, jeszcze dzisiaj wrócisz do więzienia i nigdy już z niego nie wyjdziesz! Gwarantuję!
- Pieprz się, mam w dupie to, co mówisz! Nie zabierzesz mi jej, jeszcze dzisiaj wyjedziemy.
- Lecz się, Theo. Nie rozumiesz, że nigdy nie będziesz z Leną? Na to jest już za późno.
- Nieprawda! To da się jeszcze naprawić, da mi drugą szansę! Albo będzie ze mną albo z nikim!
- Wiesz, co? Nie mam czasu na twoje pierdolenie! Skrzywdziłeś ją, muszę zabrać żonę do szpitala. Nie wybaczę sobie tego, że pozwoliłem, abyś tak łatwo ją zabrał, ale zapewniam cię, że nigdy nic podobnego nie będzie miało miejsca. A ty... - zaciska szczękę, jego ciało napina się jak struna i wzmacnia uścisk wokół mojego ciała - Jesteś skończona, rozumiesz? Jestem potwornie rozczarowany twoim zachowaniem i nie dowierzam, że kiedyś byłaś moją przyjaciółką, kimś, na kim mi zależało. Zapłacisz za to, że położyłaś ręce na mojej żonie. Oboje tego pożałujecie - ledwo kończy mówić, a po okolicy roznosi się odgłos syren. Resztką siłą uchylam powieki, obok nas parkują cztery radiowozy, a z nich wychodzą policjanci, którzy wymierzają broń w Theo. Boże! Czy takie rzeczy nie dzieją się tylko w filmach? - Radzę się poddać. Jesteście otoczeni, to koniec wszystkiego.
- Unieście ręce i ulęknijcie! - głos policjanta brzmi surowo, a spluwa wymierzona w Theo i Amy.
- Nie wrócę do tego przeklętego miejsca! - Theo rzuca torbę na ziemię, jednak przed w tym wyjmuje z niej nóż - Lena, proszę, wyjedź ze mną - jego głos brzmi zupełnie inaczej, niż jeszcze kilka minut temu, kiedy bezlitośnie mnie ranił. Teraz jest wręcz błagalny, litościwy - Kocham cię, süsse!
- Taylor - obok nas zjawia się mężczyzna i dopiero teraz rozpoznaję w nim kierowcę Justina - Zabierz ją do samochodu i jak najszybciej zawieź do szpitala - och, nie! - Spokojnie, kochanie. Dołączę do ciebie za kilka minut, nie obawiaj się - uchylam usta, aby błagać go o to, żeby jechał ze mną, jednak całuje mnie czule i oddaje w ramiona innego mężczyzny. Musi mu ufać, inaczej nigdy by się na to nie zgodził. Taylor układa mnie na tylnym siedzeniu, okrywa kocem i po chwili rusza.



Cross POV:
Jestem wściekły, ponieważ zamiast użerać się z tym skurwielem, powinienem jechać z Leną do szpitala. Jestem spokojny, bo Taylor odpowiednio się nią zaopiekuje, a ja dokończę sprawę z Theo.
- I co chcesz zrobić, huh? - zakładam ręce na piersiach i patrzę mu w oczy - Zabijesz się?
- Żebyś wiedział! Nie wpakujesz mnie do więzienia, nie wrócę tam! To prawdziwe piekło!
- To nie ja chcę cię tam wpakować, sam to zrobiłeś zabierając Lenę. Porwałeś ją, stary. Naprawdę sądzisz, że to wszystko skończy się dobrze? Nie, niestety mam dla ciebie złą wiadomość - wzruszam ramionami, Theo patrzy na mnie z mordem w oczach i nerwowo ściska w dłoni nóż - Popełniłeś błąd, a za błędy się płaci. Tak to działa - spoglądam w bok i wyłapuję wzrok jednego z policjantów. Henry Blossom jest przyjacielem mojego ojca, znają się od przedszkola i traktują się wręcz jak bracia. Jest odpowiednim człowiekiem, w odpowiednim miejscu - Daj spokój, Theo! Bądź mężczyzną!
- Wolę umrzeć! Znowu zabrałeś mi Lenę! - przystawia nóż do swojego brzucha, jego dłoń drży i kiedy tak na niego patrzę, dostrzegam w wyrazie jego twarzy coś z szaleńca. Theo zwariował.
- Nie rób tego - Amanda kładzie dłoń na jego ramieniu i kręci głową. Co za głupia idiotka.

- Pieprz się! - krzyczy wprost w jej twarz i obawiam się, że być może wyrządzi jej krzywdę.
- Amy - przekręca głowę, spogląda na mnie zaskoczona, a ja samym spojrzeniem daję jej znak, aby się od niego odsunęła. Na szczęście załapuje, o co mi chodzi - Wyluzuj, stary. Musisz zachować się jak dorosły facet. Skoro narozrabiałeś, musisz wziąć to na klatę i odpowiedzieć za swoje czyny - obserwuję Amy, która przesuwa się i oddala od Theo - Porwałeś Lenę, zrobiłeś coś bardzo złego, za co należy się kara - nawijam jak nakręcony, aby Amanda miała czas. Nie chcę, aby ucierpiała przez tego skurwiela. Wyrządził już wystarczającą ilość krzywd. Oddycham z ulgą, kiedy przejmuje ją jeden z policjantów i los Theo jest mi już obojętny - Wiesz, co? Rób co chcesz, mnie to nie obchodzi. Dla mnie najważniejsza jest moja żona, która jest z dala od ciebie. Jest wasz, panowie.
Odsuwam się do tylu, robię im miejsce i wreszcie wchodzą do akcji. Podchodzą do Theo, wciąż celują do niego z broni, ale on jest szybszy i po prostu wbija nóż prosto w swoje serce. Kurwa! Uchylam usta, gapię się na jego upadające ciało i szczerze mówiąc nie sądziłem, że będzie w stanie się do tego posunąć. Przecieram twarz rękami, oddycham głęboko i odwracam wzrok. Nie chciałem dla niego tak drastycznego końca, jednak sam o tym zdecydował.

Spoglądam przez okno, wpatruję się w zachodzące powoli słońce, a w mojej głowie szaleje tornado przeróżnych myśli. Analizuję to, co wydarzyło się w przeciągu kilku ostatnich godzin, staram się pojąć, w którym momencie nawaliłem i jakim cudem do tego doszło. Powinienem był to przewidzieć, a jednak ochraniający ją Olivier pozwolił mi być spokojnym. Ten człowiek to zawodowiec, jednak każdy popełnia błędy, on również. Nie wiem, co się dokładnie wydarzyło, ale mam zamiar się tego dowiedzieć. Świadomość, że Theo z Amandą planowali to zapewne nie od wczoraj, dodatkowo potęguje moją złość. Niestety mój wyjazd idealnie zgrał się w czasie, pomógł im w tym, a ja byłem daleko stąd. Niech to szlag! Mam pieprzoną obsesję na punkcie jej bezpieczeństwa, a i tak nie zdążyłem jej dostatecznie ochronić. Co ze mnie za mąż? Czy Lena będzie w stanie mi to wybaczyć?
- Justin? - cichy głos Connora wyrywa mnie z moich myśli, odwracam się i kiwam głową, abym wszedł do środka - Mam kilka wiadomości, chcesz usłyszeć je teraz? To może poczekać.
- Daj spokój, chcę wiedzieć wszystko ze szczegółami. Moment jest idealny, co tam masz?
- Pierwsza sprawa; Amanda. Zabrała ją policja, zostanie przesłuchana i wtedy dowiem się więcej. Lena wspominała, że ją pobiła, brała udział w porwaniu więc zapewne trafi za kratki - no proszę! Moja przyjaciółka, kobieta, z którą kilka miesięcy temu świetnie się bawiłem trafi do pudła. Czegoś takiego w życiu bym się nie spodziewał. Jej ojciec dosłownie wyjdzie ze skóry! - Druga sprawa; Olivier - och, tego akurat jestem bardzo ciekawy - Załatwili go - kurwa! Mój oddech przyśpiesza, gapię się na niego zdezorientowany, a w mojej głowie pojawiają się brzydkie obrazy - Nie, spokojnie. Żyje, ma się całkiem dobrze i pewnie jutro go wypiszą. Wiesz, że związali go, trzymali w piwnicy i faszerowali jakimś gównem? - przecieram twarz rękami, ze świstem wypuszczam powietrze i wręcz nie wierzę, że ta dwójka była w stanie posunąć się aż tak daleko. Nawet nie chcę myśleć, co by się stało gdybym nie zdążył i nie zabrał Leny - Naprawdę zajebiście to sobie zaplanowali, przemyśleli detale i prawie im się to wszystko udało. Lena nie miała żadnych szans. Jak ona się czuje?
- Jej narządy wewnętrzne są w porządku, chociaż po pobiciu przez Amy jest nieźle poturbowana. Rana to gorsza sprawa, straciła sporo krwi, na szczęście nie doszło do uszkodzenia mięśni. 

- Jest silna, świetnie sobie poradziła. Nie sądziłem, że w tak drobnym ciele jest tak waleczna kobieta.
- Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo jestem tym zaskoczony - spoglądam na jej spokojną, pogrążoną w śnie twarz i wciąż się dziwię, że tak dzielnie walczyła, nie poddała się i nawet zraniła tego skurwiela! Chuchałem na nią i dmuchałem, a ona pokazała niesamowitą wolę walki - Cieszę się, że jest cała. Nigdy więcej nie pozwolę, aby ktokolwiek ją skrzywdził. I tak zżera mnie poczucie winy.
- Nie powinieneś się obwiniać, to nie była twoja wina. To splot nieszczęśliwych wydarzeń, Justin i nic więcej. Theo to planował, nikt z nas tego nie przewidział, a ten dupek nas zaskoczył.
- To prawda, zaskoczył jak diabli. Do tej pory nie pojmuję, jakim cudem mu się to udało.
- Ja też nie, ale to już za nami. Lenie nic już nie grozi, Theo nie żyje. Już nigdy jej nie skrzywdzi.
- Tak, ta myśl cholernie mnie pociesza - uśmiecham się smutno i przecieram zmęczoną twarz.

Lena wciąż śpi, jednak to nie powstrzymuje moich rodziców, którzy po cichutku wchodzą do środka, a za nimi Jazzy razem z Jaxonem. Szybko dołączają do nich Karen z Paulem oraz rodzice Leny. Rozmawiamy cicho, aby jej nie obudzić, a kiedy opowiadam o tym, co się stało, wszyscy zamierają zszokowani. Nikt z nas nie spodziewał się takich wydarzeń, jednak najważniejsze jest to, że Lena żyje. Czekam z niecierpliwością, aż się obudzi, aż spojrzy w moje oczy i zapewni, że wszystko z nią w porządku. Dopiero wtedy odetchnę z ulgą i zejdzie ze mnie ten cholerny stres.

Siedzę na fotelu obok łóżka, gapię się w telefon i czytam wiadomość od Connora. Dowiaduję się, że Amanda jest po wstępnym przesłuchaniu, przyznała się do wszystkiego i wyznała, że cały plan był pomysłem Theo. Nie wiem, czy wiedziała, że nie żyje, ale jeśli tak, łatwo zwalić winę na kogoś, kto już się nie obroni. Tak czy siak, grozi jej odsiadka. Należy jej się, może dorośnie. Najwyższy czas.
- Justin - gwałtownie podnoszę głowę i wpatruję się w moją żonę. Wysila się na słaby uśmiech, odkładam telefon i biorę jej drobną dłoń, po czym całuję wierzch. Wygląda na zmarnowaną, a kolor siniaka pod okiem przybrał paskudny, żółto siny odcień. Niech cię szlag, Amy! - Jesteś tutaj.
- Jestem i już zawsze będę, aniołku - przykładam dłoń do jej policzka, głaszczę czule, a ona mruczy pod nosem i mocniej się w nią wtula. Mimo siniaka nadal jest przepiękna - Jak się czujesz?
- Chyba dobrze - porusza ramiona, a grymas bólu wykrzywia jej twarz - Tylko wszystko mnie boli.
- Lekarz powiedział mi, że jesteś poobijana, ale to minie. Lekarze postawią cię na nogi, obiecuję.
- Nic mi nie będzie, nie martw się. Cieszę się, że tutaj jesteś. Tak bardzo za tobą tęskniłam, wiesz?
- Wiem, ja za tobą też. Nie masz pojęcia, jak bardzo. Przysięgam, że już nigdy cię nie opuszczę.
- Podoba mi się ten pomysł - uśmiecha się, a moje biedne serce zaciska niewidzialna pięść. Tak mało brakowało, a być może nie siedziałbym teraz tutaj i nie ściskał jej dłoni. Mógłbym opłakiwać jej stratę, ponieważ po tym chorym skurwielu wszystkiego można było się spodziewać - Co się stało, kiedy Taylor mnie zabrał? Gdzie jest Theo? - wpatruje się we mnie, a ja myślę nad odpowiedzią.
- To nie jest ważne, skarbie. Liczy się to, że jesteś bezpieczna, nie martw się o tego człowieka.
- Proszę, powiedz mi - patrzy na mnie oczami szczeniaka, jednak to fatalny moment na prawdę.
- Porozmawiamy o tym później, dobrze? Jesteś zmęczona, powinnaś odpoczywać. Prześpij się.
- Dopiero się obudziłam, głuptasie - przewraca oczami, uśmiecham się na ten zabawny gest, a moje serce szaleje z radości - Cieszę się, że dobry humor cię nie opuszcza - jak na zawołanie wzdycha ciężko, a ja mam ochotę przywalić sobie w twarz! - Hej, jest po wszystkim. Jesteś bezpieczna, nigdy więcej nie spuszczę z ciebie oka. Jestem idiotą! Jak mogłem tego nie przewiedzieć?
- Nie rozpędzaj się, Justin. Nie pozwalam ci tak myśleć, jasne? To nie jest twoja wina, on to planował od bardzo dawna, rozumiesz? Theo chciał mnie, a Amanda chciała ciebie. To i tak by się stało, nie ważne czy teraz, czy później. Po prostu znaleźli idealną okazję i rozdzielili nas. Stało się i już się nie odstanie. Żyję, walczyłam i dzięki temu mogę ujrzeć twoją piękną twarz. Tylko to jest ważne.
- Boże, aniołku - jej słowa rozpieprzają moje biedne serce. Przytulam się do niej brzucha, Lena wsuwa palce w moje włosy, a jej dotyk mnie uspokaja - Jesteś taka dzielna! Traktowałem cię jak dziecko, taką kruchą istotkę, którą trzeba się opiekować, a ty tak potwornie mnie zaskoczyłaś.
- Trochę więcej wiary we własną żonę, skarbie - podnoszę głowę, a ona uroczo się zawstydza - Wiele razy mówiłam ci, że jestem silniejsza, niż ci się wydaje. Już nie jestem tą zagubioną osiemnastolatką, która dawała się poniewierać i krzywdzić. Kiedy Theo mnie zabrał wiedziałam, że jeśli się poddam, mogę już nigdy więcej cię nie zobaczyć. Cóż innego miałam zrobić? Walczyłam do samego końca, bo tylko to mi pozostało. Poddałam się dopiero wtedy, kiedy Theo wbił nóż w moje udo.
- Jesteś niesamowita, wiesz? Obiecuję ci, że będziesz szczęśliwa, kochanie. Wierzysz mi, prawda?
- Wierzę, ponieważ właśnie w tym momencie jestem szczęśliwa. Siedzisz obok mnie, trzymasz moją dłoń i patrzysz mi w oczy. Jesteś dla mnie najważniejszy na świecie - po tych słowach wszystkie emocje opuszczają moje ciało niczym wartki strumień i nim się orientuję, płaczę jak małe dziecko. 







28.06.2016

Rozdział 42

Lena POV:
Biorę ciepły prysznic i próbuję się rozluźnić. Jest to koszmarnie trudne, biorąc pod uwagę sytuację, w jakiej obecnie się znajduję. Myję swoje obolałe ciało i przez cały czas główkuję, jak mam się stąd wydostać. Nie mogę siedzieć bezczynnie, muszę działać! Znam ten dom, okolicę, pozostaje mi jedynie przechytrzyć Theo. To będzie trudne, ale nie jestem już tą zagubioną osiemnastolatką, którą bez przerwy poniewierał. Zmieniłam się i jestem gotowa walczyć. To nie tak, że się go nie boję, bo boję się jak jasna cholera! Znam jego możliwości, wiem, że może skrzywdzić mnie bez mrugnięcia okiem, ale jeśli nie spróbuję uciec, będzie jeszcze gorzej. Wywiezie mnie stąd w cholerę, Justin mnie nie znajdzie, a moje życie zmieni się w piekło. Nie wyobrażam sobie z nim życia, nienawidzę go, jest chorym skurwielem i powinien wrócić do więzienia. To śmieszne, że ktoś w ogóle śmiał go z niego wypuścić, a on powtarza swoje błędy. To niesamowite, że niczego nie nauczył się przez te trzy lata.
- Lena! - wzdrygam się na jego donośny głos dochodzący zza drzwi - Co z tobą?! Długo jeszcze?!
- Przepraszam! Już wychodzę! - przekrzykuję wodę, spłukuję pianę i wychodzę z kabiny. Szybko się wycieram, zakładam czarną bieliznę, nowe ubrania, które pasują idealnie i szczotkuję mokre włosy. Wzdycham zrezygnowana na widok swojej twarzy, która wygląda jeszcze gorzej, a siniak przybrał chyba wszystkie możliwe kolory. Tuszuję go podkładem, robię co mogę i dzięki temu nie wygląda to tak fatalnie - Suka, obyś miała zarezerwowane miejsce w piekle - burczę pod nosem, wychodzę z łazienki i człapię do salonu, w którym zastaję Theo. Stoi przy oknie i wpatruje się w dal - Jestem.
- Świetnie. Chris niebawem przyjedzie. Droga zajmie nas sporo czasu, przygotuj się na to, kotku.
- Mogę trochę odpocząć? Jestem bardzo obolała - patrzę na niego smutno i widzę, że mięknie.
- Naprawdę przepraszam za zachowanie Amy - wzdycha ciężko, podchodzi i przygląda się mojej twarzy. Kiedy układa dłonie na moich ramionach spinam się, jednak staram się nie dać tego po sobie poznać. Patrząc na jego twarz nienawidzę samej siebie, za to, że byłam tak ślepo w niego wpatrzona. Wtedy zrobiłabym dla niego wszystko! Był nie tylko moim chłopakiem, ale i wsparciem, swego rodzaju autorytetem. Pracował w świetnej firmie, wciąż się kształcił, zarabiał dobre pieniądze. Chciałam być taka jak on, patrzyłam na niego z podziwem i obiecałam sobie, że pewnego dnia dojdę tak daleko jak Theo. A potem coś się spieprzyło, nasz związek zaczął się sypać, a jego zachowanie diametralnie zmieniać. Zaczęło się od przemocy psychicznej, która szybko zmieniła się na fizyczną. Wieczny strach, poniewieranie, wyzwiska. Znosiłam to zbyt długo, a kiedy postanowiłam odejść zatrzymał mnie perfidnym szantażem. Nie ma nic gorszego od strachu o swoich bliskich. Kochałam Karen jak siostrę i wierzyłam, że Theo skrzywdzi ją, jeśli będę nieposłuszna. Więc trwałam w tym koszmarze, zastraszana, bita. Nie potrafiłam normalnie funkcjonować, ale on i tak miał to gdzieś. Jakby wyłączył w głowie wszystkie uczucia - Lena, mówię do ciebie! - podnosi głos, aż podskakuję. Potrząsam głową, budzę się z transu i patrzę w jego rozgniewane spojrzenie - Chodź - chwyta moją dłoń, prowadzi do pokoju i kładzie się ze mną na łóżku. Mój oddech natychmiast przyśpiesza, jego bliskość mnie przeraża, ale nie walczę, bo wiem, że nie wygram. Muszę stworzyć pozory, aby myślał, że pogodziłam się z losem. Uśpię jego czujność - Rozluźnij się, jesteś strasznie spięta - okrywa nas kocem, przytula do swojego torsu i głaszcze po plecach. Zamykam oczy i wyobrażam sobie, że są to ramiona mojego męża, w których jestem bezpieczna, a Theo to jedynie koszmarny sen.



Cross POV:

W Nowym Jorku lądujemy kilka minut po szesnastej. Mamy dobry czas i ani chwili do stracenia. Liczę na to, że Connor oraz Taylor poczynili jakiekolwiek postępy i lepiej dla nich, żeby tak było. Inaczej wyjdę z siebie i stanę obok!  Dzwonię do tego pierwszego jak tylko wsiadam do samochodu.
- Niestety nie mam dobrych wiadomości, szefie - zaciskam dłonie na kierownicy, uruchamiam silnik i przełączam go na tryb głośnomówiący. Ruszam z piskiem opon, próbując opanować złość - Nie mogę namierzyć telefonu Leny, musi być wyłączony, a karta zniszczona. Co do Oliviera, wyłapuję sygnał, jednak jest słaby. Właśnie ruszamy w drogę, może kiedy będziemy bliżej sygnał będzie mocniejszy.
- Za dziesięć minut będę w firmie, nie ruszaj się beze mnie. Jadę z wami - kończę połączenie i wykręcam numer do Taylora - Masz być w firmie natychmiast. Jedziemy z Connorem i jego ekipą w stronę domków letniskowych. Czy wy w ogóle tam kurwa byliście? Mieliście trzy godziny!
- Oczywiście, że byliśmy! Wróciliśmy niedawno, ale to spory teren. Nic nie znaleźliśmy.
- Bądź gotowy. Do zobaczenia - wciskam czerwoną słuchawkę i mam ochotę wrzeszczeć!
Zarówno Connor jak i Taylor to fachowcy, ufam im, a brak wiadomości cholernie mnie dobija! Każda sekunda jest na wagę złota, Lena jest w niebezpieczeństwie i nie może przebywać blisko tego popaprańca! Modlę się w duchu, aby nie zrobił jej krzywdy, aby była cała i zdrowa.




Lena POV:
Budzi mnie dotyk na policzku. Mruczę pod nosem, poruszam ramionami, a ból wykrzywia moją twarz. Boże, jestem obolała, moje żebra niemiłosiernie kują, a plecy zesztywniały. I dopiero teraz dociera do mnie, co się wydarzyło oraz gdzie jestem. Gwałtownie otwieram oczy i wpatruję się w Theo, który posyła mi lekki uśmiech. A więc to nie był sen, to dzieje się naprawdę.
- Sporo śpisz od wczoraj, süsse. Niestety musisz wstać, zjeść coś, ponieważ trzeba przygotować się do drogi - odkrywa koc, bierze mnie na ręce i zanosi do kuchni. Jestem zmęczona, niewyspana, mimo, iż przespałam sporo godzin, a ból jest strasznie uciążliwy - Proszę - Theo stawia przede mną talerzyk z kanapkami oraz gorącą herbatę. Mój żołądek domaga się jedzenia, chociaż nie mam apetytu. Zżera mnie stres, jak mam cokolwiek przełknąć/ - No dalej, kochanie. Musisz być silna. Liczę na to, że będziesz również grzeczna - unosi brew i wlepia we mnie to poważne spojrzenie.
- Będę - szepczę cicho, biorę kubek i upijam kilka łyków gorącej herbaty z cytryną, która przyjemnie rozgrzewa mój żołądek. Co rusz zerkam na chłopaka, który siedzi obok, wymienia z kimś sms'y, a ja dyskretnie rozglądam się po kuchni w poszukiwaniu czegoś, czym mogłabym go znokautować. Broń Boże nie chcę go zabić, potrzebuję jedynie zrobić coś, aby nie ruszył za mną, jeśli cudem uda mi się uciec - J-jak się masz? - pytam niepewnie, podnosi głowę i marszczy brwi zdezorientowany.
- Jak się mam? - uśmiecha się, odgarnia kosmyk moich włosów i patrzy na mnie z rozczuleniem. Nie tego oczekiwałam, jednak muszę zachować pozory - W porządku, skarbie. Jestem bardzo szczęśliwy, że jesteś tutaj ze mną - przełykam ślinę, zaciskam usta, a moje wnętrzności kurczą się nieprzyjemnie. On jest szczęśliwy, ja cierpię - Niebawem odzyskamy spokój, obiecuję. Będziemy tylko we dwoje, ciocia ma uroczy domek pod miastem, będzie nam tam dobrze. Zobaczysz, polubisz to miejsce, zapomnisz o wszystkim i zaczniemy nowe życie. Będzie cudownie - kiedy tak słucham tego, o czym mówi dochodzę do wniosku, że wolałabym strzelić sobie w łeb, niż dzielić z nim wspólne życie.
- Czy ten wyjazd naprawdę jest konieczny? Nie chcę tego robić, przecież tutaj jest moja rodzina.
- Nie martw się, z czasem, kiedy wszystko przycichnie może pozwolę ci się z nimi zobaczyć?
- A moja praca? Bardzo ją lubię, walczyłam o tę posadę i teraz mam z niej ot tak zrezygnować?
- Po pierwsze; jesteś moją kobietą, nie musisz pracować. Po drugie; on nigdy cię już nie dotknie.
- Justin jest moim mężem, Theo. Zdajesz sobie z tego sprawę? Nie przeszkadza ci ten fakt?
- Pieprzę to, Lena! Ważne jest to, z kim będziesz dzielić swoje życie, a tym kimś będę ja, nie on! - złości się, zaciska dłoń w pięść i patrzy na mnie spod byka. Wiem, że stąpam po cienkim lodzie i muszę odrobinę przyhamować - Masz być posłuszna, tylko tego od ciebie wymagam - burczy wkurzony, ponownie skupia uwagę na telefonie i ignoruje mnie. Już mam sięgać po jedną z kanapek, kiedy rozlega się dzwonek jego telefonu, marszczy brwi i kręci głową - Muszę odebrać, zaraz wracam - zrywa się na równe nogi, wychodzi z kuchni i zapada cisza. Nie tracę czasu, zeskakuję z krzesełka, przeczesuję wzrokiem pomieszczenie i szukam czegoś do obrony. Jak na złość niewiele się tutaj znajduje. Przecież nie obronię się pieprzonym tosterem! A może gdybym mu nim solidnie przyłożyła, zyskałabym kilka cennych sekund? - Lena? - wraca szybciej, niż się tego spodziewałam, wpatruje się we mnie i zakłada ręce na piersiach. Dopiero teraz widzę leżący obok czajnika nóż, po który natychmiast sięgam i wystawiam przed siebie - Co ty wyprawiasz? Żartujesz sobie?
- A wyglądam na taką, która by żartowała? Nie zbliżaj się do mnie! Chcę stąd wyjść, teraz!
- Zwariowałaś? Nie pozwolę ci na to! Nie denerwuj mnie, odłóż to, bo zrobisz sobie krzywdę.
- Co?! Przecież to tobie chcę ją zrobić, nie sobie! Na twoim miejscu radziłabym ci się odsunąć.
- Naprawdę sądzisz, że mogłabyś mi dać radę? Ty? Taka słodka, maleńka, drobna dziewczynka? Niby jakim cudem chcesz to zrobić, hmm? - prycha rozbawiony, moja dłoń drży, ale nie poddam się!
- Poradzę sobie, jestem silniejsza niż ci się wydaje. Jestem inną Leną, niż trzy lata temu.
- To prawda, przyznam ci rację - oblizuje usta, przesuwa wzrok na moje piersi i uśmiecha się chytrze - Zmieniłaś się, twoje ciało również. Nie mogę nadziwić się, jaka jesteś piękna. Podobasz mi się.
- Skończ, Theo! Nie mam zamiaru cię słuchać. Nie pozwolę ci, abyś ponownie zniszczył mi życie, rozumiesz?! Jesteś chory, nic do ciebie nie dociera, a twoje miejsce jest za kratkami! Powinieneś gnić w nim przez całe życie!! - wydzieram się, łzy napływają mi do oczu, a postawa Theo się zmienia. Opuszcza ramiona wzdłuż ciała, zwija dłonie w pięści, zaciska szczękę i morduje mnie spojrzeniem. Moje ciało trzęsie się jak tężejąca galaretka, ale teraz już nie ma odwrotu - Musisz tam wrócić.
- Nie powinnaś była tego mówić, kochanie - jego głos tnie powietrze, aż mam ciarki na plecach. Jeśli stracę zimną krew, Theo mnie pokona - Chyba muszę przypomnieć ci, kto tutaj rządzi - rusza w moją stronę, serce chce wyskoczyć mi z piersi i odruchowo zaczynam wywijać przed sobą nożem. Nigdy nie byłam w takiej sytuacji, nie wiem, jak się obronić i obiecuję sobie, że jeśli wyjdę z tego cało zapiszę się na pieprzony kurs samoobrony! - Wyglądasz całkiem seksownie, kiedy jesteś tak bojowo nastawiona - prycha rozbawiony, nie wiem jakim cudem, ale niespodziewanie unieruchamia mój nadgarstek, brutalnie odwraca mnie do siebie tyłem i dociska moje plecy do swojego umięśnionego, twardego torsu. Dyszę jak lokomotywa, wiję się w jego ramionach próbując się uwolnić, chociaż wiem, że już jestem na straconej pozycji. Zakleszcza mnie w swoich ramionach, jedną dłoń wciąż trzyma nadgarstek, a drugą zaciska na szyi - Uspokój się, do chuja - jego szept prawie ścina mnie z nóg, a włoski stają dęba. Tym tonem mówił do mnie wiele razy, a potem wstępował w niego diabeł. Jeśli teraz się poddam, będzie po wszystkim - Oddaj mi nóż, a nie ukarzę cię tak surowo, jakbym chciał. Wybór należy do ciebie - wykorzystuję jego chwilową nieuwagę, podnoszę nogę i z całej siły następuję na jego stopę - Kurwa mać! Przetrzepię ci za to skórę! - jego wrzask rani moje uszy, poluźnia uścisk na moim nadgarstku i natychmiast to wykorzystuję. Odchylam dłoń, robię zamach i wbijam nóż prosto w jego udo. Przysięgam, że nigdy w całym swoim życiu nie słyszałam tak przerażającego, przepełnionego bólem krzyku. Odbija się echem w mojej głowie, paraliżuje, dziwnie omamia. Theo puszcza mnie, upada na kolana i dyszy ciężko. Odskakuję jak poparzona, gapię się na niego i wciąż nie wierzę, że naprawdę to zrobiłam. Boże! Moje biedne, wrażliwe serce dopadają wyrzuty sumienia, ale rozum karci je i każe się zamknąć. Walczę o własne życie! - Ty cholerna dziwko - spluwa z pogardą, unosi głowę i posyła mi wyprane z wszelkich uczuć spojrzenie. Wygląda fatalnie! Jest blady jak ściana, a kropelki potu pokrywają jego twarz - I tak mi nie uciekniesz.
Dopiero po jego słowach budzę się z dziwnego transu i wracam na ziemię. Ucieczka! Muszę uciekać! Odwracam się, robię kilka kroków, jednak przypominam sobie o telefonie. Nie mam pojęcia, gdzie jest mój, ale w tym momencie jest to mało ważne. Nie mam czasu na poszukiwania, a Theo ma jeden przy sobie. Ponownie odwracam się w jego stronę, patrzy na mnie zaskoczony, a krew z jego rany zalewa białe płytki. Robi mi się niedobrze, żółć podchodzi mi do gardła i jeśli stąd nie zwieję, zarzygam całą kuchnię. Widok krwi zdecydowanie nie należy do moich ulubionych widoków.

- Daj mi swój telefon - trzęsę się, zbieram na odwagę i podchodzę do niego - Daj mi go, Theo.
- Zapomnij, nie pozwolę ci odejść, Lena - prycha z kpiną, kucam obok niego, a on natychmiast przyciąga mnie do swojego ciała. Jego uścisk jest o wiele słabszy, zaczynam się bać, że wykrwawi się i będę mieć go na sumieniu. To ostatnie, czego bym chciała - Jesteś moja, süsse. Na zawsze.
- Nigdy nie będziemy razem. Nie byłam twoja i nie będę - jednym ruchem wyjmuję telefon z kieszeni jego jeansów, próbuję wstać, a kiedy mi na to nie pozwala, posuwam się do ostateczności. Wciskam nóż jeszcze głębiej w jego udo, krzyczy niemiłosiernie i wreszcie mnie puszcza.
Zrywam się z miejsca, opuszczam kuchnię i po chwili wypadam z domu jak z procy. Moje serce bije jak szalone, obolałe ciało daje o sobie znać, jednak biegnę leśną dróżką mimo ciężkiego oddechu. Od głównej drogi dzieli mnie dobre pięć kilometrów, a w tej chwili to jak wejście na Mount Everest! Po ciosach Amandy ledwo żyję, ale poddanie się nie wchodzi w grę. Udało mi się uciec, muszę to wykorzystać! Nie mam pojęcia, czy Theo jest w stanie ruszyć za mną, ale po nim mogę spodziewać się wszystkiego. Jeśli mnie dogoni, boleśnie za to zapłacę.



Cross POV:
Dojeżdżamy w okolice domków letniskowych, których jest od cholery! Ciągną się prawie na dziesięć kilometrów, w dodatku są również w głębi lasu i odnalezienie Leny graniczy z cudem! Musiałbym sprawdzić każdy domek, a jestem pewny, że Theo ukrył Lenę doskonale. Skoro udało mu się ją zabrać, za nic świecie nie będzie chciał mi jej oddać. Czas mija, a my nadal jesteśmy w dupie!
- Mamy sygnał! - głos Connora przerywa ciszę w samochodzie, spoglądam na monitor laptopa i gapię się w małą, czerwoną kropeczkę, która raz się pojawia, a raz znika - Jesteśmy blisko Oliviera.
- Nareszcie! Przyśpiesz Taylor - natychmiast wciska gaz w podłogę, mkniemy ponad sto sześćdziesiąt kilometrów na godzinę, a sygnał robi się coraz wyraźniejszy. Nerwowo poruszam nogą, niecierpliwię się i boję. Jestem przerażony myślą, co zastanę na miejscu - Chyba powinniśmy powiadamiać policję - przecieram twarz rękami, Connor przytakuje głową, ale zanim ma okazję cokolwiek powiedzieć, rozlega się dzwonek mojego telefonu. Wyjmuję go z kieszeni kurtki, marszczę brwi na widniejący na ekranie nieznany numer i postanawiam odebrać - Halo? - cisza - Jest tam ktoś? - szelest i płacz.
- Justin! - kurwa, to Lena! Moja Lena! - U-uciekłam mu - szlocha głośno, a moje serce pęka.
- Mój Boże, kochanie! Jadę po ciebie, słyszysz? Jestem blisko! Gdzie dokładnie jesteś?
- Biegnę leśną drogą, w stronę głównej ulicy. N-nie mam już siły, wiesz? Wszystko mnie boli.
- Bądź dzielna, będziemy tam za kilka minut. Wykrzesaj z siebie trochę siły, rozmawiaj ze mną.
- Jestem taka zmęczona, Justin - dyszy ciężko i ledwo mogę usiedzieć na miejscu - Chce mi się spać.
- Wiem, skarbie, wiem! Za chwilę będę przy tobie i już nigdy cię nie opuszczę. Przysięgam!
- Tylko tego pragnę, niczego więcej. Nie masz pojęcia, jak bardzo cię potrzebuję. Jestem przerażona.
- Jestem z tobą, aniołku. Zobacz, jaka jesteś odważna. Poradziłaś sobie, uciekłaś mu! Jakim cudem?
- W-wbiłam mu nóż w udo - o, kurwa! Szokuje mnie tym - Nie miałam wyboru, Justin. Musiałam!
- Hej, nie zrobiłaś nic złego, rozumiesz? Broniłaś się, jestem z ciebie bardzo dumny, kochanie.
- Zabierz mnie stąd, chcę do domu - wybucha nową falą płaczu, a moje bebechy wywijają salto.
- Jeszcze chwila, daj z siebie wszystko, dobrze? Niedługo będziesz w moich ramionach, Lena.
- To będzie piękna chwila - szepcze cicho, coś szeleści w tle i stuka - Muszę na chwilę usiąść.
- Nie! Nie możesz, musisz iść. Theo mimo swojej rany może za tobą ruszyć. Wytrzymaj jeszcze.
- Staram się, ale to nie jest proste. Amanda mnie pobiła, palą mnie żebra, twarz pulsuje z bólu.

- Amanda?! - jej imię ledwo przechodzi mi przez gardło, szok strzela w moje żyły, a furia wylatuje mi uszami. Nie wierzę, że ta suka brała w tym udział! - Jakim cudem ona tam była?!
- Oni to zaplanowali, wiesz? Chcieli nas rozdzielić. Chyba nie wie, że wróciłeś wcześniej, ale wspominała, że jedzie zaopiekować się tobą. Zemściła się, bo należałeś do niej, a ja cię zabrałam.
- Nigdy nie należałem do niej, Lena. Nigdy! Należę tylko do ciebie, kochanie. Nie martw się, załatwię to później. Teraz najważniejsza jesteś ty, twoje bezpieczeństwo i powrót do domu, do mnie.
- Och, już jesteś. Co za szczęście - oddycha z ulgą, a ja spoglądam na monitor - Biały samochód.

- Biały? To nie ja, Lena. Jadę czarnym autem, kto to jest? - spinam się i mam złe przeczucia.
- O mój Boże - szepcze cicho, a od jej głosu ciarki przechodzą mi po plecach. Brzmi na przerażoną! - To Amanda. Zabije mnie - niech to kurwa wszystko szlag! - Bardzo cię kocham, skarbie.
- Nie rób tego, Lena! Nie żegnaj się ze mną, rozumiesz?!  - krzyczę jak opętany, jednak już jej nie słyszę. Połączenie zostaje zerwane, a moje serce roztrzaskuje się z hukiem. 






21.06.2016

Rozdział 41

Lena POV:
Budzę się gwałtownie. Uchylam powieki, mrugam kilka razy i krzywię się, na nieprzyjemny ból głowy. Przykładam palce do czoła, masuję skronie i rozglądam się po pomieszczeniu. Boże! Siadam, serce podchodzi mi do gardła, a włoski na skórze stają dęba. To wcale nie jest dom Justina, to nawet nie jest mój apartament, który wynajmuję z Karen. Doskonale rozpoznaję to wnętrze, ponieważ wiele razy tutaj bywałam, kiedy jeszcze chodziłam z Theo. To jego dom kawałek za miastem, nad pięknym jeziorem, które uwielbiałam, kiedy między nami jeszcze było dobrze. Często przywoził mnie tutaj w weekendy, aby odpocząć od zgiełku miasta, nacieszyć się sobą. A potem ten dom stał się miejscem, w którym Theo posunął się tak daleko i wziął moje ciało siłą. Nigdy nie sądziłam, że ponownie się tutaj znajdę. Prędzej dałabym odciąć sobie rękę! Jasna cholera, co ten chłopak znowu wymyślił?!

- Och, obudziłaś się - przekręcam głowę i wpatruję się w niego z mordem w oczach. Pieprzony dupek, co on sobie do cholery wyobraża? - Spałaś prawie dwie godziny. Miałaś słodkie sny, skarbie?
- N-nic z tego nie rozumiem, Theo. Dlaczego mnie tutaj przywiozłeś? To twój dom za miastem.
- Zgadza się, swego czasu lubiłaś to miejsce. Wspominałem ci, że jeszcze się zobaczymy, prawda? - przysiada na łóżku, chce dotknąć mojej twarzy, jednak odchylam się. Nie chcę, aby mnie dotykał - Czekałem na ten moment odkąd wypuścili mnie z więzienia. Zaplanowałem każdy detal, aby nie popełnić błędu. Wyjazd twojego męża idealnie zgrał się w czasie, powinienem mu podziękować. Oczywiście tego nie zrobię - puszcza mi oczko, gapię się na niego z niedowierzaniem i bardzo powoli dociera do mnie fakt, że Theo zaplanował sobie, aby mnie zabrać! Boże, to nie dzieje się naprawdę! - Nareszcie jesteś ze mną, kwiatuszku. Wyjedziemy daleko stąd, nic nas już nie rozdzieli.
- O czym ty mówisz? Nie zostanę z tobą, Theo, mam męża! Chcę wrócić do domu, natychmiast!
- Niestety nie wrócisz, od tej chwili jesteś ze mną. Czekałem zbyt długo, teraz nareszcie cię mam.
- Mój Boże, nie wiesz co mówisz! Zrobiłeś coś bardzo złego, przekroczyłeś kolejną granicę! Dopiero wyszedłeś z więzienia, a szybko zmierzasz ku powrotowi. Wracam do domu, czy ci się to podoba, czy nie - prycham wkurzona, odkrywam kołdrę i wychodzę z pokoju. Doskonale znam ten dom, każdy zakamarek, pokój, okolicę. Muszę stąd uciec, wspomnienia uderzają we mnie niczym tona cegieł i przyganiają mnie swoją mocą. Niestety mój ex ma inne plany, obejmuje mnie do tyłu, unosi i dociska do swojego ciała - Puść mnie, w tej chwili. Mówię poważnie! Nie dotykaj mnie!
- Nie krzycz, nie stawaj oporu, Lena. Wiesz, że to nie ma sensu, prawda? Nie wygrasz ze mną, nigdy nie wygrałaś, kruszyno. Daj sobie spokój - unosi mnie, moje nogi odrywają się od podłogi, ale to i tak nie powstrzymuje mnie przed walką, szarpaniem, wiciem się. Boże, co Theo chce ze mną zrobić? Czy ponownie mnie zgwałci? Po raz drugi nie dałabym rady podnieść się z samego dna - Uspokój się! - podnosi głos, aż się wzdrygam. Doskonale znam ten ostry jak brzytwa ton, słyszałam go setki razy i za każdym razem nie kończyło się to dla mnie dobrze - Masz zachowywać się poprawnie, zrozumiano? - stawia mnie na nogach, gwałtownie odwraca w swoją stronę i zaciska palce na moich ramionach - Nie mam najmniejszego zamiaru się z tobą szarpać. Zostaniesz ze mną, bo tego właśnie chcę, więc radzę ci być grzeczną dziewczynką - uśmiecha się w dobrze znany mi sposób, przykłada dłoń do mojego policzka i głaszcze go kciukiem - Nie mogę doczekać się tej pięknej chwili, aż ponownie będziesz moja - więc jednak. Chce to zrobić, znowu chce mnie skrzywdzić. Zamykam oczy, czuję łzy na policzkach i mam już pewność, że będę cierpieć. Naprawdę wierzyłam, że Theo się zmienił, że pobyt w więzieniu czegoś go nauczył, jednak tak bardzo się pomyliłam. Tacy ludzie jak on nigdy się nie zmieniają. To nie jest możliwe - Nie płacz, nie chcę się skrzywdzić, kochanie. Pragnę się z tobą kochać, czule, delikatnie, doprowadzić cię do orgazmu, słyszeć twoje seksowne jęki - szepcze cicho, a ja mam ochotę zwymiotować. Nie dopuszczam do siebie myśli, aby być z nim tak blisko. Nie zniosę tego! Jak po czymś takim Justin mógłby mnie dotknąć? Jestem jego żoną! Patrząc mi w oczy będzie świadom tego, że pieprzył mnie mój szurnięty ex! Tak bardzo go kocham, a Theo znowu wszystko niszczy! - Liczę na to, że tym razem nie będziesz taka oporna - schylam głowę, wpatruję się w swoje bose stopy, a łzy kapią po moich policzkach. Moje serce rozdziera ogromna siła, nikt nie wie, że tutaj jestem więc nie mogę liczyć na ratunek. Theo może zrobić ze mną co zechce, i zrobi - Napisałem wiadomość do twojego męża, zapewniłem go, że wszystko w porządku i przez ból głowy położyłaś się wcześniej spać. Twój ochroniarz również jest unieszkodliwiony - wstrząsa mną szloch, cała się trzęsę, beczę jak małe dziecko, a świadomość, że mogę nie wyjść z tego cało przeraża mnie do szpiku kości. Boję się, po prostu się boję! - Powinnaś jeszcze odpocząć - bierze mnie na ręce, z powrotem zanosi do pokoju i kładzie na łóżku. Przytula mnie do swojego ciała, nie pozwala się odsunąć, a ja tak bardzo nie chcę jego dotyku na moim ciele.

Budzi mnie hałas. Uchylam powieki i wbijam się w szok, na widok stojącej obok łóżka Amandy. Wpatruje się we mnie z nienawiścią i to ostatnie, czego potrzebuję. Właściwie co ta suka tutaj robi?
- Nareszcie sam na sam - zakłada ręce na piersiach, patrzy na mnie z góry i posyła mi pewny siebie uśmieszek - Teraz zapłacisz mi za wszystko, ty mała suko! Za każde słowo, za to, że odebrałaś mi Justina. Myślisz, że możesz ot tak pojawiać się i przywłaszczać to, co należy do mnie? Mylisz się! - krzyczy niemiłosiernie, mój oddech przyśpiesza i mam ochotę zniknąć. Być gdziekolwiek, byle nie tutaj - Nigdy nie powinnaś była tego robić, a teraz przekonasz się, z kim tak naprawdę zadarłaś - to, co dzieje się chwilę później szokuje mnie nie mniej, niż jej obecność w tym domu. Wsuwa palce w moje włosy, z brutalnością stawia mnie na nogach i policzkuje. Wkłada w uderzenie całą siłę, czuję to aż nazbyt dobrze, ale na tym nie poprzestaje. Jest wściekła jak diabli - Nikt cię nie uratuje, jesteś cała moja. Czas zapłacić - uśmiecha się chytrze i dopiero teraz zaczyna się mój koszmar. Zadaje cios za ciosem, powala mnie na podłogę, a jej nogi spotykają się z moim brzuchem, żebrami, plecami. Nie ma dla mnie za grosz litości, krzyczę, aby przestała, błagam ją, jednak moje słowa ma za nic. Ból jest koszmarny, krztuszę się, zapowietrzam, jednak na niej nie robi to najmniejszego wrażenia - Jesteś tylko dziwką, którą Justin potrzebował do pieprzenia! - krzyczy w moją twarz, oddycham ciężko i próbuję utrzymać otwarte powieki. Tak bardzo chciałabym wykrzyczeć jej, jak bardzo się myli. Jak bardzo Justin mnie kocha, dba o mnie i jest wspaniałym mężem. Nie robię tego, ponieważ to pogorszyłoby sytuację - Mam ochotę cię kurwa zabić, rozumiesz?! - siada na mnie, przygniata moje dłonie kolanami, przez co nie mam się czym bronić. I tak ledwo kontaktuję, moje ciało jest potwornie obolałe i nie czuję pleców - Już nie jesteś taka cwana, huh? - śmieje się głośno, ponownie uderza mnie w twarz i robi to raz, za razem. Moje dłonie są uwięzione, więc pozwalam jej na to, bo jest o wiele silniejsza ode mnie. Wystarczą cztery ciosy, a czuję na twarzy coś ciepłego, spływającego.
- Boże, Amanda!! - rozdzierający krzyk Theo wypełnia pokój, aż mam ochotę zasłonić sobie uszy. To dziwne, ale czuję niesamowitą ulgę wiedząc, że tutaj jest. Natychmiast odpycha ode mnie Amandę, jęczę z bólu i przykładam dłoń do brzucha - Czyś ty zwariowała, idiotko?! Kompletnie cię pojebało?!
- Pieprz się! Zrobiłam to, co chciałam zrobić już dawno temu! Nie myśl, że to koniec, to początek.
- Wybij to sobie z głowy, rozumiesz?! Nie dotkniesz jej nigdy więcej, ona jest tylko moja!
- Jesteś kurwa taki głupi, Theo. Jest twoja?! Możesz o tym pomarzyć. Justin poruszy niebo i ziemię, aby ją odnaleźć. Radzę ci spieprzać jak najdalej, bo udusi cię gołymi rękoma. Gwarantuję ci to.
- Wynoś się stąd, zejdź mi z oczu - zaciska szczękę, Amy prycha z kpiną i wychodzi. Theo unosi mnie lekko, przyciska do swojego ciała, a ja mam ochotę krzyczeć z koszmarnego bólu - Tylko nie zasypiaj, dobrze? - wpatruje się we mnie, odgarnia moje włosy i chyba pierwszy raz widzę strach w jego oczach - Lena, skarbie? - szepcze przestraszony, jednak jest za późno. Zasypiam i ból znika.

Nie wiem ile czasu mija, i ile śpię. Budzi mnie Theo, który bierze mnie na ręce, zanosi do łazienki i sadza na blacie obok umywalki. Oddycham głęboko, krzywię się z bólu, a po chwili czuję na twarzy mokry ręcznik. Theo bardzo ostrożnie oczyszcza moją twarz, a biały materiał szybko pokrywa się krwią. Czuję pieczenie na czole, wyczuwam językiem rozciętą wargę, a kiedy przekręcam głowę i widzę swoje odbicie w lustrze, mam ochotę rzewnie się rozpłakać. Te kilka ciosów wyrządziło mi wielką krzywdę, bo moja twarz jest opuchnięta, pod okiem widnieje siniec i kilka zadrapań od jej paznokci. Pieprzona suka! Już wcześniej jej nienawidziłam, teraz moja nienawiść wybija skalę.
- No, wyglądasz ciut lepiej - uśmiecha się, namacza ręcznik w ciepłej wodzie i wyciera policzek - Przepraszam, popełniłem ogromny błąd zostawiając cię z Amandą. Jest strasznie wściekła i cięta na ciebie - przewraca oczami, wyciera moje usta, aż syczę. Jasna cholera, dlaczego tak boli? - Nie martw się, nigdy więcej tego nie zrobi. Obiecuję - mam ochotę roześmiać mu się w twarz, chyba sam nie wie, co mówi. Ta suka jest w stanie posunąć się o wiele dalej i jeśli tutaj zostanę, na pewno się o tym przekonam - Skończyłem, a teraz pójdziemy coś zjeść. Twój chłoptaś napisał kilka wiadomości, dzwonił więc musisz z nim porozmawiać i uspokoić go - och! Moje serce podskakuje na myśl o moim ukochanym, a tęsknota zalewa moje ciało. Czy czuje, że coś jest nie tak? - Jeśli piśniesz o tym, gdzie jesteś marny twój los. Wiesz, do czego jestem zdolny, kochanie. Nie chcesz tego, prawda? - kręcę przecząco głową, ale wcale nie chcę cierpieć bardziej, niż teraz - Grzeczna dziewczynka, tak trzymaj - rozchyla moje nogi, wchodzi między nie, a moje serce zamiera. Nie lubię, kiedy jest tak blisko mnie - Nie masz pojęcia, jak bardzo jestem szczęśliwy mając cię obok siebie, tak, jak dawniej. Naprawię wszystko, Lena, będziesz ze mną szczęśliwa. Przysięgam - patrzę mu w oczy i nie dowierzam w jego słowa. Czy on zwariował, skoro mówi takie rzeczy? Nie dociera do niego, jak wielką krzywdę wyrządził mi ponad trzy lata temu? - Będzie nam razem dobrze, postaram się o to - pochyla się i niespodziewanie muska moje usta. Natychmiast odskakuję i przykładam palce do rozciętej wargi - Och, wybacz. Zapomniałem - marszczy brwi, patrzy na mnie z rozczuleniem i układa dłonie na moich biodrach, stawiając mnie na podłodze. Idziemy do kuchni, sadza mnie na krzesełku, a w moją głowę ponownie uderzają bolesne wspomnienia. Pamiętam, jak całował mnie tutaj, przytulał, a potem bił bez grama współczucia. Zezłościł się, kiedy powiedziałam mu, że nasz związek to kpina. Wpadł w szał i szybko pożałowałam swoich słów - Lena, odleciałaś! - pstryka palcami przed moją twarzą i budzę się z transu - Pytałem, co chciałabyś zjeść? Kanapki, tosty?
- Obojętnie - odpowiadam cicho, schylam głowę i bawię się palcami. I tak nie jestem głodna.
- W porządku, więc zrobię ci pyszne tosty. Lubisz je - mruga okiem i zabiera się do pracy.
- Och, jest i nasza księżniczka - spinam się, kiedy do kuchni wchodzi Amy - Wracam do miasta, Theo. Justin powinien wrócić za cztery, maksymalnie pięć godzin. Mam zamiar się nim zaopiekować - o, Boże! Co ta zdzira ma przez to na myśli? - Ty masz to, czego chciałeś. Teraz moja kolej - patrzy na mnie z chytrym uśmieszkiem i odgarnia długie włosy. Wiem, że mówi to wszystko specjalnie, aby mi dogryźć - Baw się dobrze, Lena. Liczę na to, że Theo porządnie cię zerżnie. Ot tak, za karę.
- Idź już, grasz mi na nerwach - Theo karci ją spojrzeniem, Amy prycha rozbawiona i opuszcza kuchnię - Nie przejmuj się jej głupim gadaniem, jest zraniona i pragnie zemsty. Nie mam zamiaru cię skrzywdzić - przewracam oczami, ponieważ ani trochę mu nie wierzę. Znam jego możliwości. Opieram łokcie na stole, chowam twarz w dłoniach i myślę o Justinie. Bardzo za nim tęsknię i chciałabym być teraz obok niego. Pytanie, czy w ogóle będzie mi to jeszcze dane? - W międzyczasie zadzwonimy do twojego mężusia - och! Gwałtownie podnoszę głowę, a w dłoni Theo dostrzegam mój telefon. To moja jedyna szansa na ratunek, drugiej mogę nie mieć - Pamiętaj o tym, co ci powiedziałem. Jeśli mnie nie posłuchasz spotka cię za to surowa kara, zrozumiałaś? - przytakuję, jednak i tak mam zamiar zaryzykować. Jeśli nie teraz to kiedy? - Obiecałem, że cię nie skrzywdzę, ale jeśli nie pozostawisz mi wyboru, będę zmuszony cię utemperować - mruży oczy, siada obok i wręcza mi telefon. Moje serce tłucze się w piersi, dłonie pocą, a nerwy zjadają. Zaraz usłyszę miłość mojego życia i myślę, jak rozegrać naszą rozmowę, aby domyślił się, co zrobił Theo - Będę tutaj.
- W porządku - przełykam ślinę, odbieram od niego telefon i szybko wybieram numer Justina. Widzę kilkanaście nieodbieranych od niego połączeń i wiem już, że się martwił - Halo, kochanie?
- Lena, na Boga! - zaciska usta na dźwięk jego głosu i próbuję zahamować napływające do oczu łzy - Martwiłem się o ciebie, maleńka. Dlaczego nie odzywałaś się do mnie, hmm? Wszystko dobrze?
- T-tak, jest okej. Ostatnio bolała mnie głowa i odpoczywałam. Co u ciebie? Kiedy wracasz?
- O czternastej mam samolot, wracam trochę wcześniej. Koszmarnie za tobą tęsknię, wiesz? Chcę być już obok ciebie, mam dla ciebie małą niespodziankę. Mam nadzieję, że spodoba ci się prezent.
- Na pewno, skarbie - kończy mi się czas, a Theo nie spuszcza ze mnie wzroku - O której będziesz?
- Myślę, że kilka minut po siedemnastej. Lot trwa nie całe trzy godziny, więc będę w domu raz dwa.
- Bardzo się cieszę. Nie zostawiaj mnie już, dobrze? - załamuje mi się głos, a Theo kręci głową.
- Nie zostawię cię, przysięgam, aniołku. Co się dzieje? Jesteś smutna, prawda? Przeze mnie?
- N-nie, to z tęsknoty, kochanie. Nie martw się - przykładam dłoń do ust i zduszam w sobie szloch.
- Ten wyjazd to był fatalny pomysł, mogłaś lecieć ze mną. Już nigdzie się bez ciebie nie ruszę.
- Nie zadręczaj się tym teraz - dźwięk opiekacza, który sygnalizuje, że jego praca dobiegła końca, przerywa naszą rozmowę. Theo wystawia palec na znak groźby, podnosi się i podchodzi do blatu, aby wyjąć moje tosty. Dzieli nas zaledwie kilkanaście kroków, ale postanawiam działać - Justin, Theo mnie porwał jestem w domku letniskowym za miastem! Błagam, pomóż mi! Tak bardzo się boję!
- Boże, Lena! - jego głos przepełnia przerażenie, Theo wyrwa mi telefon i kończy połączenie.
- Coś ty kurwa zrobiła?! - wrzeszczy niemiłosiernie, wybucham płaczem i chowam twarz w dłoniach. Trzęsę się cała, boję się tego, co teraz ze mną zrobi, ale mimo wszystko niczego nie żałuję. Musiałam spróbować! - Jak mogłaś, huh?! Chciałem być dla ciebie dobry, zaopiekować się tobą! - szarpie moje ramię, stawia mnie na nogach i morduje spojrzeniem. Widziałam go w takim stanie wiele razy, a potem było tylko gorzej - Jesteś nieposłuszną suką, wiesz? - zaciska szczękę, wlecze mnie za sobą i siłą wpycha do pokoju - Przemyśl sobie swoje zachowanie! - zamyka mnie na klucz, a ja oddycham z ulgą. Jakim cudem mnie nie sponiewierał? Dawniej nic go przed tym nie powstrzymało.
Układam się w łóżku, okrywam po samą szyję i zamykam oczy. Myślę o Justinie, a moje serce zaciska się z żalu. Teraz przynajmniej wie, jak wygląda sytuacja, która zbyt kolorowa niestety nie jest. Liczę na to, że jakimś cudem znajdzie mnie tutaj, uratuje i zabierze do naszego domu, nim będzie za późno. Tak bardzo mnie kocha, ma obsesję na punkcie mojego bezpieczeństwa i wierzę, że zrobi wszystko, aby mi pomóc. Nie chcę dopuścić do siebie myśli, że mu się nie uda.


Cross POV:

Serce chce wyskoczyć mi z piersi. Stoję na środku hotelowego pokoju, gapię się w ekran telefonu i mam wrażenie, jakby mnie sparaliżowało. Nie dowierzam w to, co przed chwilą powiedziała. Theo ją porwał. Porwał! Te słowa odbijają się w mojej głowie niczym zacięta płyta, a mózg pracuje na najwyższych obrotach próbując zrozumieć, jak do tego kurwa doszło?! Przecież Lena ma ochronę, więc gdzie u licha podziewa się Olivier? Przytomnieję nagle, wybieram jego numer i dzwonię. Jeden raz, drugi, trzeci. Nie odpowiada, telefon jest poza zasięgiem i mam złe przeczucia. Postanawiam zadzwonić do Taylora, który na szczęście odbiera po trzecim sygnale.
- Czy możesz łaskawie wyjaśnić mi, co dzieje się z Olivierem? Dlaczego nie odbiera telefonu?
- Niestety sam chciałbym to wiedzieć. Próbuje się z nim skontaktować od wczoraj, ale na marne.
- Masz go odszukać, Taylor. Dzwoniłem również do Leny. Wiesz, że Theo ją zabrał? Porwał?
- C-co? - jąka się zszokowany, a ja wzdycham ciężko. Bosko! - Jak to się stało?! Co mam robić?
- Masz zebrać wszystkich najlepszych ludzi, jakich masz pod ręką i przeszukać teren. Lena wspomniała, że jest gdzieś za miastem, w domku letniskowym. Jedyne miejsce, jakie przychodzi mi do głowy to to nad jeziorem. Zaraz wsiadam w samolot, niestety będę w Nowym Jorku dopiero za trzy godziny - kiedy dociera do mnie ta myśl, mój żołądek wywija salto. Trzy,pieprzone,godziny! Jakim cudem mam nie sfiksować z niepokoju? - Do tego czasu macie ją znaleźć, zrozumiano?
- Oczywiście, zrobimy wszystko co w naszej mocy. Zabieram się do pracy, do zobaczenia, szefie.
Kończę połączenie, dzwonię również do Connora, który ochrania budynek mojej firmy. Mam nadzieję, że uda mu się namierzyć telefon Oliviera i Leny. W moim ciele szaleje tornado złości, strachu, tęsknoty i myślę, co poszło nie tak. Jak mogłem dopuścić do sytuacji, w której Theo kładzie na niej swoje brudne łapska?! Co się tam wydarzyło?! Gdzie popełniłem ten cholerny błąd?! Boże, a jeśli ten popapraniec zrobi jej krzywdę? Jeśli posunie się dalej i ponownie ją zgwałci? Już raz to zrobił, co powstrzyma go przed drugim razem? Ta myśl napawa mnie przerażeniem, bo doskonale wiem, że Lena nie zniosłaby powtórki. Nigdy nie będę w stanie wybaczyć sobie, jeśli faktycznie do tego dojdzie. To wszystko zmieni, Lena już nigdy nie będzie taka sama, ja nie będę taki sam, nasze małżeństwo nie będzie takie samo. Będziemy zniszczeni. Theo odbierze nam nasze szczęście.

Biorę torbę, zakładam na siebie skórzaną kurtkę i opuszczam pokój. Przed chwilą dałem znać pilotowi, że musimy startować natychmiast. Na szczęście był już gotowy, samolot również i bez problemów właśnie wzbijamy się w powietrze. Patrzę przez małe okno, a w mojej głowie panuje kompletny mętlik. Jestem wściekły, mam ochotę wszystko rozpieprzyć i zacisnąć dłonie wokół szyi tego śmiecia. Moja mała Lena, moje wszystko w łapach tego skurwiela! Jakim prawem posunął się tak daleko? Ostrzegałem go tak wiele razy, nie posłuchał i zrobił coś, czego nigdy nie powinien. Mam ochotę go zabić i lepiej, żeby nikt mi w tym kurwa nie przeszkodził. 




Lena POV:
Mój sen przerywa wchodzący do pokoju Theo. Szarpie moje ramię i nie robi tego delikatnie.
- Wstawaj - burczy pod nosem, przecieram oczy palcami i ziewam - Niebawem stąd wyjeżdżamy.
- Wyjeżdżamy? Dokąd? - marszczę brwi, a moje serce przyśpiesza. Cholera, to będzie koniec!
- Na razie do Kanady - o, kurwa! - Mieszka tam moja ciocia, później pomyślę, co robić dalej.
- Dlaczego chcesz wyjechać, Theo? Po co? - patrzy na mnie jak na idiotkę i pomaga mi wstać.

- To oczywiste. Po to, aby twój mężuś nas nie znalazł. Nie oddam cię, może o tym zapomnieć.
- Jak ty to sobie wyobrażasz? Justin będzie mnie szukał, nie odpuści. Zgłosi moje zaginięcie na policję i narobisz sobie tylko kłopotów. Wyszedłeś z więzienia, naprawdę znowu chcesz tam wrócić?
- Nie mam takiego zamiaru, nie martw się. Wyjedziemy stąd i ślad po nas zaginie. Zatrzymamy się u cioci na jakiś czas, a potem zabiorę cię jeszcze dalej. Może do Europy? Hiszpania lub Paryż?
- I masz zamiar więzić mnie do końca życia? Poważnie? Właśnie tego dla mnie chcesz?
- Chcę ciebie dla siebie, tylko to się dla mnie liczy! Z czasem zapomnisz o Justinie, pokochasz mnie i wszystko będzie tak, jak powinno być dawno temu, zanim wylądowałem przez ciebie w więzieniu.
- To się nie uda, nie wyjadę stąd. Tutaj jest mój dom, nie ruszę się z miejsca. Zapomnij.
- Masz gówno do powiedzenia, ponieważ ja tutaj rządzę. Wyjeżdżamy, czy ci się to podoba, czy nie. A jeśli będziesz niegrzeczna i pyskata, na pewno coś na to poradzimy. Mało ci po ciosach Amy?
- Więc, co? Będziesz mnie bił tak samo, jak ona? Mówiłeś mi, że się zmieniłeś, zrozumiałeś swoje błędy. Nie widzę tego, jednak prawda okazuje się być zupełnie inna. Jesteś dokładnie taki sam, Theo. 

- Jeszcze słowo! - podnosi głos, wystawia palec na znak groźby, aż odskakuję - Zamilcz, jasne? Nie chcę wysłuchiwać tego, co mówisz. Nie chcesz mnie wkurwić, skarbie. Zapomniałaś już, czym to się przeważnie kończyło? - uśmiecha się chytrze, a moją głowę zalewają wspomnienia. Nigdy nie będę w stanie o tym zapomnieć i on doskonale o tym wie - Tak myślałem. Bądź cicho, weź prysznic i doprowadź się do porządku. Mój przyjaciel będzie tutaj o osiemnastej - brutalnie pociąga mnie za rękę, prowadzi do łazienki i kiwa głową na kabinę - Masz tutaj nowe ubrania, kosmetykami zasłoń siniaki. Zostawię cię, ale niech nie przychodzą ci do głowy głupie pomysły. Mam cię na oku.
- Nie musisz się denerwować, przecież nie zrobiłam nic złego, prawda? A ty mi grozisz!
- Muszę, bo zdecydowanie za dużo sobie pozwalasz - przypiera moje ciało do zimnej ściany, napiera na mnie, a serce podskakuje mi do gardła. Jest blisko, zbyt blisko, a jego oddech odbija się od mojego ucha - Wciąż czekam na tę chwilę, kiedy będziesz pode mną, 
Süsse - przełykam ślinę, a na samą myśl robi mi się niedobrze - Nie martw się, to będzie już niedługo, może jeszcze dzisiaj? Zmieniłaś się, jesteś przepiękną kobietą, a seks z tobą po trzech latach będzie niesamowity, czuję to. Pragnę cię - chwyta moją szczękę, wbija w nią palce aż się krzywię - Rozchyl usta, Lena - rozkazuje tonem nieznoszącym sprzeciwu, kręcę przecząco głową i zaciskam je jeszcze bardziej, ignorując uporczywe pieczenie - Zrób to! - syczy przez zęby, wzdrygam się przestraszona i tym razem również nie wykonuję jego polecenia. Tylko Justin ma prawo mnie całować - Uparta suka, to się nie zmieniło - patrzy na mnie ze złością, prycha pod nosem i mówi wprost w moje usta - Z tobą nie da się inaczej, jedynie siłą. Kiedy brałem twoje ciało krzyczałaś jak opętana, ale tak trzeba było - Boże! Jego słowa tną moje biedne, pokaleczone serce na pół, rozdzierają mnie, napełniają uczuciem obrzydzenia. Potwornie cierpiałam, bałam się, a on mówi, że tak trzeba było? - Nie chciałaś dobrowolnie, więc wziąłem sobie to, co mi się należało. Pamiętaj - wsuwa palce w moje włosy i zaciska pięści - Jeśli tym razem mi na to nie pozwolisz, również zrobię to siłą. Wybór należy tylko do ciebie - zamykam oczy, łzy płyną po moich policzkach, a koszmar powraca.